Z otchłani monologu wewnętrznego

Przed kolejnymi bohaterami Anny Kareniny, spoza sztucznej fasady społecznego ładu i pożyczonych przekonań o świecie,  otchłania się bezmierna i przerażająca realność życia. Pierwszy rozpoznaje ją Stiwa Obłoński lub, jeśli chcemy, w przededniu narracji odczuwa ją jego żona, Dolly. Budząc się z dziwnych rojeń w swoim gabinecie, Stiwa doznaje osobliwej derealizacji. Nagle uświadamia sobie, jak niewinnym przewinieniem (okrutny oksymoron), wybiegiem uznawanym powszechnie za naganny, lecz niezupełnie obcym jego usposobieniu, spowodował rozłam w swoim małżeństwie. Wkrótce po nim Lewin zetknie się z druzgocącą rekuzą, której nijak nie może odmówić z gruntu logicznych i bezwzględnie racjonalnych uwarunkowań. Zawód miłosny pozostawi go w pustce, gdyż nie istnieje dlań inna droga do szczęścia, niż przykładne małżeństwo oparte na wzajemnym szacunku, a z czasem może nawet miłości. Wnet jednak nicość życia dosięgnie tej, która go odrzuciła. Oczekująca oświadczyn Wrońskiego Kitty spotka się z nie mniejszym rozczarowaniem, wszak jej spodziewany pretendent ulegnie czarowi Anny. Znane są dalsze perypetie.

Tołstojowi nie wszystko się udało. Jego projekt powieści jest w istocie swej metafizyczny i – przyznać to trzeba – nie wolny, jak na estetykę powieści, od pewnego optymizmu. Właśnie optymizm ten zostanie z konieczności zdradzony przez nadrzędną, nieprzejednaną, jedyną w swoim rodzaju naturę Powieści. Nowatorska estetyka Tołstoja wynika z założeń czysto etycznych: chodzi mianowicie o to, by dać czytelnikowi możliwość współprzeżywania z innymi istotami ludzkimi biegu ich odczuć i myśli. Jest to cel daleki od truizmu, być może najambitniejszy w historii literatury. Cel ten zrealizowany jest ponadto w sposób tak doskonały, iż nieuchronnie, jak każda metafizyka – prowadzi do samounicestwienia w paradoksie. Wszak ta doskonała symulacja, jedyna dająca się pomyśleć szansa ujrzenia myśli bliźniego, jaką jest powieść, jeszcze bardziej unaocznia przepaść dzielącą indywidualne istnienia zamknięte w odgrodzonych murem labiryntach monologów wewnętrznych. Labirynty te są pogmatwane, pełne sprzeczności i niewiedzy o tym, co kryje się na zewnątrz. Ostatecznie nie ma z nich wyjścia. Widzi je z góry jedynie czytelnik – sami bohaterowie pozostają ich więźniami.

Gdy po raz pierwszy, wiele lat temu, czytałem dwa rozdziały poświęcone balowi w Moskwie (rozdziały 22 i 23 części pierwszej), uderzyło mnie ubóstwo detalu. Jakże to, myślałem, czyżby Rosjanie nie słyszeli o Balzaku? Zrozumiałem później, że nie o mimetyczny realizm chodzi. Cały bal ukazany jest niemal wyłącznie z perspektywy psychologicznej Kitty. To dlatego, wyłącznie dlatego, te dwa rozdziały stanowią arcydzieło, które nie do końca osiągnęło pełnię swego potencjału.

Dalej jest tylko gorzej. Uczciwa z gruntu, programowo bezstronna narracja Tołstoja przyznaje równe prawa jednako reprezentowanemu przez Karenina „staremu porządkowi”, jak i wyznawanemu przez Wrońskiego „nowemu nieładowi”. Nie sposób jednak nie odczuć nieuniknionej ironii w przedstawieniu tego drugiego. Wrońskiego trudno lubić. Zarówno jego, jak i bohaterów jemu współmyślnych łatwo oskarżyć o cynizm. Otchłanią Wrońskiego jest miłość. To kolejny paradoks, wszak to, czego tak uporczywie szukają bohaterowie, by tak rzec, „prawomyślni”, jak Lewin czy Kitty, dla Wrońskiego jest, przynajmniej pozornie, powierzchownie i do czasu, zaprzeczeniem wolnomiłosnych przekonań. To znamiennie, że w rozdziale 19 Wroński spogląda na francuską powieść po to jedynie, by uniknąć spojrzeń znajomych oficerów. Powieści w tej powieści w ogóle nie daje się czytać. Wracając pociągiem z Moskwy, Anna nijak nie jest w stanie skupić się na śledzeniu życia bohaterów angielskiej powieści – nazbyt spragniona jest własnego życia.

Trudno tymczasem nie współodczuwać z niebudzącym skądinąd sympatii Aleksiejem Aleksandrowiczem. On też nie może się skupić na lekturze, gdy w rozdziale 8 części drugiej wyczekuje powrotu Anny od Betsy, gdzie żona jego niedyskretnie przekracza z Wrońskim granice konwenansu. Bieg myśli Karenina odpowiada błędnym krokom roztargnionego męża stanu, który przez szacunek dla żony nie waży się odczytać nieukończonego listu znalezionego na jej komódce. Jego uporczywe zwalczanie własnej zazdrości, takt i opanowanie budzić muszą podziw nawet u lekkoducha. Wynikają nie z chłodu serca – lecz z pryncypiów rozumu. Kontrast między Wrońskim a Kareninem pozwala, mimo pozornej równi praw powieściowego dialogizmu, projektować „czytelnika modelowego” i domyślać się, z kim należy trzymać.

Wady te, ujmujące zamierzonemu obiektywizmowi psychologicznego realizmu, nijak nie ujmują niezrównanej powieści.

Istnieje wśród literatów (Kundera) pewien dość naiwny komunał, wedle którego Tołstoj pragnął zrazu wyraźnie potępić Annę, zrezygnował jednak z tego zamiaru na rzecz narracji bezosobowej. Karę eksplicytną zastąpiła jednak cięższa – narratologiczna. Nie ulega wątpliwości, że sytuacja jej jest impasem. Nie jest niczemu winna, lecz z drogi jej nie ma powrotu.

Anna Karenina nie jest powieścią o miłości. Treścią jej jest nieuleczalna samotność życia psychicznego. Tym samym monolog wewnętrzny, ów wynalazek nowoczesnej narracji, staje się samotności rozpaczliwym krzykiem – i milczącym świadkiem.


Olga tęskni za Moskwą

Najlepsze lata życia w tej dziurze, a wszystko za nieswoje błędy. Ktoś tak zdecydował; dekretem, rozporządzeniem, kwitem, a może obojętnością, bezczynnym przyzwoleniem, bezimiennym wzruszeniem ramion. Decyzja zapadła, postanowiono za ciebie, za Maszę, za Irinę. Czy da się to w ogóle pomyśleć, że ze wszystkich miejsc świata trzeba być akurat tu, gdzie zesłali ojca, że nie można wrócić do Moskwy, że to już jedenaście lat, ile można czekać, czy to się da pojąć, że nie można być w tym jedynym mieście, do którego należy serce, w którym mieszka pamięć i co noc sypia dusza.


Na bełkotów literaty

No więc otrzymuję regularnie od Academia.edu artykuły naukowe napisane w różnych językach na różne tematy powiązane z literaturą. Czasem je sobie czytam, bynajmniej nie po to, aby „być na bieżąco” z teorią, lecz po to, by czytać w ogóle, zawsze bowiem lektura jest impulsem do przemyśleń. Od filozofii kompozycyjnej Poego i Borgesa refleksji na jej temat, przez technologię u Verne’a, po rodzime wypociny na temat współczesnej poezji. I to ostatnie, paradoksalnie, najbardziej dziś dało mi do myślenia, odciągając od pracy nad wyrabianiem codziennej normy doktoratu.

Pokrótce, chodzi o to, że ludzie zastanawiają się dzisiaj, na ile ponowoczesne praktyki poetyckie (bo, wbrew pozorom, istnieje jeszcze coś takiego, jak poezja), aktualizują formę sonetu, potwierdzając jej osobliwą ontyczność poprzez negację, na ile zaś obnażają sonetu dekadencję. Na ile w ogóle można mówić o sonecie jako o gatunku. I tym podobne bzdury.

Problem, oczywista, jest natury filozoficznej. Jednakże zanurzeni w rozważaniu gatunków, etykiet i morfologicznych detali, badacze pomijają wyjściowy nominalizm zagadnienia. Nominalizm to postawa światopoglądowa odmawiająca realnego istnienia desygnatom pojęć o znaczeniu ogólnym, skutkiem czego same pojęcia traktowane są jako umowne formuły służące komunikacji. Wyraźnym przykładem, jaki przychodzi mi na myśl, jest nominalizm pozytywistyczny, leżący u podstaw wypracowanych w XIX w. metod eksperymentu naukowego. Dla fizjologa, dajmy na to, pojęcie natury czy życia jest zgoła bezużyteczne, posługuje się nim często nawet nie umownie, lecz wręcz w ujęciu potocznym. Powie ktoś, że owszem, ale i abstrakcję trzeba definiować, wszak to przecież warunek umowności. Jest jednak odwrotnie: umowność wyklucza uniwersalność, zakłada bowiem definiowanie każdorazowe na użytek danej sytuacji komunikacyjnej.

Dlatego pisanie artykułu na temat swoistej ontologii i sposobów bycia sonetu, jako pewnego paradygmatu poetyckiego, jest zgoła bezcelowe. Sonet, jaki jest, każdy widzi. Co więcej, o ile by traktować sonet jako gatunek, jak każdy gatunek literacki, tak i sonet zawierałby w swym paradygmacie potencjalną możliwość odchyleń. I tak już Petrarka, na przestrzeni kilku pierwszych sonetów do Laury manipuluje układem rymów w tercynach – o ile dwa pierwsze utwory zachowują układ ABC – ABC, o tyle w sonetach trzecim, Era il giorno…, oraz czwartym, pojawia się układ ABC – BAC, w ósmym zaś ABA-BAB. Czyż zatem, w pewnym ograniczonym zakresie, nie igra Petrarka z kanoniczną formą, przekształcając ją już u zarania istnienia „gatunku”, na potrzeby własnej sztuki? Istotnie, jeżeli traktowalibyśmy sonet trzeci czy ósmy jako samodzielny byt, uznanie go za sonet przysporzyłoby metodologicznych trudności, choć przecież podpowiadałaby intuicja, iż jest to przecie sonet z prawdziwego zdarzenia. Nieraz bywa zresztą tak, iż pionierskie dzieła przejawiają już w pełni niemal cały potencjał swej formy, jak czyni to w Don Kichocie Cervantes, czy w swych dramatach Szekspir.

Wreszcie, neurotyczne miotanie się współczesnych poetów w usilnych próbach dekonstrukcyjnej polemiki z tradycją jest przejawem twórczej impotencji, deficytu smaku i stylu, braku oryginalności. Świadczy o tym, paradoksalnie, pewna (anty)formalna ostentacja. Miast mierzyć się z tradycją w okowach narzuconych przez nią reguł, niejako rozbrajając je od środka, ucieka się od odpowiedzialności, przeciwstawiając tradycji potworkowate zgliszcza jej wzniosłej architektury. Poza tym, w przypadku sonetu, wróg ich okazuje się papierowym potworem – mierzą się bowiem z regułami, by tak rzec, encyklopedycznymi. Gdyby byli przebadali uważnie budowę najwybitniejszych sonetów powstałych w tym czy innym języku, pojmowaliby, że w istocie wyważają drzwi z dawna otwarte.


Przenośnie i domyślenia

Dziwologia

Demonokracja

Demonostracja

Kręgosłup hormonalny

Jasnozłudzenie

Logorynt

Labirytm

Kontrastynacja

Sumienie na szaniec

Zjawiska paramoralne

Introspekulacja

Przezębienie

Feminarchia

Penistencjariusz

Hetero sapiens

Narkolekcja

Polucynacja

Maj utracony

Hormonografia

Rozjednoczenie

Faust pas

Kastronauta

Defreudacja

Kalkoholizm

Katoholizm

Zerokopia

Chamouwielbienie

Hurt jednostki

Praca ograniczna

Poświt

Monotyka historyczna

Solikarność

 


Łęcka czyta Zolę

Izabela Łęcka wyznaczyła w kulturze polskiej model postawy dla kobiet pięknych w stopniu niedorzecznym, jedynych, o jakich względy warto się ubiegać. Kpić z takich kobiet, jak czyni ów pozornie bezstronny narrator Prusa, jest rzeczą żałosnego resentymentu bezradnego eunucha, co przyznać nie może, że jest na taką damę zwyczajnie za krótki. Podobnież dziki zwierz w owej bajce Ezopa odchodzi zniesmaczony spod drzewa owocowego, kręcąc nosem i twierdząc, że najwyżej rosnące owoce, których nie zdołał dosięgnąć, są niesmaczne, robaczywe. Negacja eunucha. Frajerzy, Izabela jest ponad wasze siły, pogódźcie się z tym.

Bez wątpienia na przekór intencjom autora, co tylko świadczy o potędze powieści, utrzymuję, iż rozdział siódmy Lalki, poświęcony wprowadzeniu Izabeli, jest jednym z najpiękniejszych dokumentów polskiej literatury, jako tren rozpaczliwy za gasnącą arystokracją. Nie, nie owa ironia impotenta, kpiącego z damy, której mieć nie może, lecz właśnie wzięta serio apologia arystokratki, żyjącej w słodkiej ignorancji, przekonanej, że robotnicy czerpią przyjemność ze swego znoju, że biedak winny jest swej kondycji, że świat jest jej winny hołdy – oto, co uznać należy, za najprawdziwszy skarb naszej kultury, nie zaś parodię szlacheckiej sielanki, jakiej skądinąd kilka lat wcześniej, w tej samej niemal postaci, dostarczył był Zola w swoim Germinalu.

Wreszcie, gdyby serio potraktować te ewolucjonistyczne komunały, którymi Wokulski tak zatrwożył Rzeckiego, to właśnie damy pokroju Izabeli stanowić powinny najbardziej pożądany materiał dla płodnego małżeństwa. Cała reszta to pójście na łatwiznę.

Ale Polak pójdzie na łatwiznę, i pocieszać się będzie swą poczciwą godnością, poczuciem społecznej sprawiedliwości, wyższością moralną, która zrekompensuje mu fakt, że mieć Izabeli nie może.


O zbyt pochopnym zstępowaniu

Ilekroć zstępował Zaratustra ze swych górskich samotni, niosąc między ludzi światło, którego miał w nadmiarze, uświadamiał sobie jeszcze, że zbyt krótko tam przebywał. Nazbyt jeszcze żywo tliła się w jego sercu tęsknota za ludźmi, zbyt mało zasię tęsknił do samego siebie. Nazbyt jeszcze współczuł beztroskim nizinom, nie dość mu były wstrętnymi plac i targowisko. Raz jeszcze spojrzał Zaratustra na ludzi, i tak rzekł do swego serca:

 – Myślałeś, Zaratustro, żeś już pełen światła, żeś się wyniósł ponad gwiazdy w swym samotnym wzrastaniu. Aliści byle chmura cień kładzie na twą jasność. Z tak głębokich tak pochopnie wzleciałem otchłani, że pierwsza wyżyna zdała mi się szczytem. Atoli był to zaledwie pierwszy szelf mulistego dna. Nie dość jeszcze samotnym byłem, nie dość obcym, nie dość dalekim. Kto chce powracać do siebie, musi powracać z daleka. Kto chce siebie odnaleźć, musi się najprzód zgubić. Kto innym chce przyświecać, od innych niech wprzódy oślepnie!

To rzekł Zaratustra do swojego serca.


Malefunction

Nowa strona. Tym razem nie biorę jeńców.

21st century schizoid male


W stronę fizjozofii?

Człowiek jest ssakiem, lecz metafizycznym
Kazimierz Błeszyński
(z przedmowy do Wstępu do metafizyki Bergsona)

Nieraz, gdy chcę się utwierdzić w mych powątpiewaniach, wracam ufnie do Nietzschego. Tam przynajmniej, myślę sobie z radosną nadzieją, wiem, że nie znajdę pocieszenia. Nie ostanie się pod młotem tej filozofii żadna mamiąca mrzonka, żadna naiwnostka cnotnych pięknoduchów. Wyraźniej za to ukaże się owa otchłań potworna, co wprawdzie przeraża moralność, lecz raduje intelekt.

Gdy się jednak wyczerpią przenikliwe sentencje niemieckiego wichrzyciela, ostaną się jeszcze naiwni, ci ostatni, najpocieszniejsi być może, dla których określenia nie wystarczy zresztą użyć jednego słowa: czy są to materialiści, czy empirycy, pozytywiści, scjentyści, dość że bez względu na sektę, wyznają fanatycznie jednego tylko bożka – Naukę.

Wówczas można jeszcze pomocy szukać u Bergsona, znakomitego odnowiciela witalizmu, twórcy konstruktywnej krytyki pozytywizmu z pozycji intuicyjnej metafizyki. Bergson nie rzuca się bynajmniej z szabelką na naukę, ażeby jej kosztem przywrócić stare upiory, jak i dziś jeszcze wielu fanatyków czyni. Inaczej, doceniając jej poznawczy potencjał, wskazuje zarazem Bergson między innymi na intelektualne zagrożenie, jakim jest wypieranie się przez naukę jej metafizycznych podstaw. Negacja metafizyki, szczególnie tak uparta, jaką przyniósł XIX-wieczny pozytywizm, jest tylko swoistą odmianą twierdzenia, tą samą magiczną siłą w odwrotnym zwróconą kierunku. Jest praktyką przypominającą egzorcyzm.

Nauka jest, mówiąc najogólniej: stosunkiem poznawczym podmiotu do przedmiotu, pozwalającym przedmiot ów i jego właściwości wyrazić w symbolach z dokładnością zależną od rodzaju przyjętych symboli, punktu widzenia oraz narzędzi pomiaru. Stosunek ten nigdy nie jest absolutny.

Pierwotny swój prestiż zawdzięcza nauka niewątpliwie przekonywującej precyzji swych metod oraz praktycznym pożytkom, jakie przynosi. Co do precyzji, z jaką obserwujemy świat, nie ulega wątpliwości, iż osiąga ona imponujące wyniki. Pożytki, jakkolwiek bywają ambiwalentne, również wypada docenić, nie zapominając wszelako, że jako kryterium weryfikacji mają one wartość w najlepszym wypadku relatywną.

Prawdziwym problemem nowoczesności nie jest kierowanie się metodami naukowymi w naszych aktywnościach poznawczych i konsekwentne rozbrajanie dzięki nim najbardziej nawet uporczywych zabobonów. Problemem jest absolutyzacja naukowości kosztem innych (deprecjonowanych przez nią) dziedzin. Dyskursywna hegemonia nauki możliwa jest dzięki maskaradzie, jakiej dokonuje myśl naukowa, wypierając się właśnie metafizyki. Atoli, przypominać to trzeba nieustannie, nie jest nauka od metafizyki wolna i nigdy nie będzie. Nikt nigdy nie widział i nie ujrzy „materii”, czymkolwiek by ona nie była. Ulicami naszego miasta nie przechadza się krzywa Gaussa. Co więcej, nie dokona nikt nigdy chemicznej analizy geniuszu, czy choćby przelotnego zachwytu, a próbując tłumaczyć je zachodzącymi w organizmie reakcjami – należącymi niezmiennie jedynie do sfery reprezentacji symbolicznej – skaże się na śmieszność, nie mówiąc niczego, co zaspokoiłoby prawdziwie ciekawski intelekt. Sama już analiza, jak zauważa Bergson, „w swym wiekuiście nienasyconym pragnieniu, by objąć przedmiot, dokoła którego skazana jest krążyć, mnoży bez końca punkty widzenia, aby uzupełnić wyobrażenie zawsze niezupełne, i zmienia niestrudzenie symbole, aby udoskonalić przekład – wciąż niedoskonały”.

Najciekawsze zdaje się skądinąd spostrzeżenie Bergsona, że „empiryzm filozoficzny rodzi się z pomieszania punktów widzenia intuicji i analizy”. Fragment ten tak jest błyskotliwy, tak przenikliwy, iż wypada go może przytoczyć w całości:

„Polega on [empiryzm] na szukaniu oryginału w tłumaczeniu, gdzie go rzecz prosta być nie może, i na zaprzeczaniu oryginału pod pozorem, że go się w tłumaczeniu nie znajduje. Kończy on z konieczności na negacjach, ale badając rzecz bliżej, dochodzimy do wniosku, że te jego negacje nie oznaczają nic więcej, jak tylko to, że analiza nie jest intuicją – co jest oczywiste samo przez się. Od oryginalnej, choć zresztą mętnej, intuicji, dostarczającej nauce jej przedmiotu, nauka przechodzi natychmiast do analizy, która do nieskończoności mnoży punkty widzenia na ten przedmiot. Wkrótce też nauka zaczyna w to wierzyć, że zestawiając razem wszystkie punkty widzenia, zdoła przedmiot odbudować. I czy jest co dziwnego, że potem musi patrzeć, jak przedmiot ten jej się wciąż wymyka – podobna w tym do dziecka, co by zabawkę trwało chciało sobie zrobić z przesuwających się po ścianie cieni”.

Owa „mętna intuicja”, która dostarcza nauce jej przedmiotu, to oczywiście doświadczenie zmysłowe (jak również zmysłów „przedłużanie” za pomocą narzędzi pomiarowych). W wyniku pozyskanych drogą empiryczną danych o przedmiocie, podmiot poznający zdolny jest skonstruować pewną reprezentację, symboliczne „tłumaczenie” oryginału. Analiza chemiczna wody pozwala wyobrazić sobie jej cząsteczkę za pomocą wzoru H2O. Wypada docenić praktyczną korzyść, jaką w połączeniu z tysiącami lat doświadczeń przynosi taka konceptualizacja. Otóż wiemy mniej więcej, jak zachowuje się woda. Jednak Bergson nie zajmuje się tak banalnym przykładem. Interesuje go bowiem opozycja pomiędzy empirycznym i intuicyjnym rozumieniem osobowości, między analityczną wielością przejawów jej istnienia, a intuicyjnym pojmowaniem jej niezaprzeczalnej, mimo wszystko, jedności. I jest to przykład właściwej Bergsonowi aspiracji do problematyzacji antytez:

„Że osobowość stanowi jedność, jest to pewne; lecz twierdzenie podobne nie mówi nic zgoła o nadzwyczajnej naturze tej jedności […]. Że „ja” nasze wielością jest, i na to zgoda; lecz wielość to taka, co do której dobrze należy zrozumieć, że nie ma ona z żadną inną nic wspólnego. A co dla filozofii jest naprawdę ważne, to właśnie wiedzieć, jaką to jednością i jaką wielością, jaką rzeczywistością wyższą ponad wielość i jedność abstrakcyjną jest wielościowa jedność osobowości”.

Podobnie, jak nie znajdzie się znaczenia poematu w kształtach składających się nań liter, nie da się streścić osobowości w poszczególnych konstytuujących ją stanach, czy to fizjologicznych, czy fizycznych. Ujmiemy jedynie wybrany fragment rzeczywistości w kolejne symbole, pouczające niewątpliwie, lecz zawsze abstrakcyjne i nie w pełni adekwatne. Jakże bowiem, powiada Bergson, z manipulacji symbolami zrodzić by się miała jako twór rzeczywistość?


Zachwianie niewiary – na marginesie Balzaka

Zaniepokoiła mnie mocno przypadkowa lektura fragmentu powieści Balzaka, pt. Ursule Mirouet. Fragment ten wpadł mi w ręce, gdy szukałem czegoś zupełnie innego, lecz przeczytałem go z dużym zainteresowaniem. Rzecz traktuje o nawróceniu ojca chrzestnego tytułowej bohaterki. Człowiek ten jest starym lekarzem, ateistą, przeświadczonym o jedynie słusznej roli poznania empirycznego, a w konsekwencji niechętnym wszelkiej metafizyce. Któregoś razu zaproszony zostaje przez swego adwersarza, wyznawcę magnetyzmu, na seans w towarzystwie medium. W ciągu jednego wieczoru młoda somnambuliczka wyjawia mu w transie rzeczy, o których wiedzieć, z materialistycznego punktu widzenia, nie miała prawa, a o których on sam dowie się dopiero po powrocie do domu. Potwierdziwszy trafność sennych proroctw wieszczki, zagorzały ateista, zachwiany w niewierze, odrzuca poglądy Johna Locke’a, wraca natomiast do Pascala i św. Augustyna (skądinąd ciekawa, symboliczna, intertekstualna reprezentacja przemiany duchowej na podstawie lektur bohatera). Oto więc chwieją się niezłomne dotąd mury materializmu, albowiem jest coś jeszcze, nieznana, działająca na odległość, przenikająca duszę siła magnetyczna, której doktor myślą swą nie obejmuje. Wniosek, jaki wyciąga z tego niewierny lekarz nasuwa się sam: trzeba uwierzyć w Boga.

Drodzy państwo, z całym poszanowaniem psychologicznego prawdopodobieństwa, tak nie można!

Niech będzie znamiennym, że mówi to tak niechętny pozytywizmowi, sceptyczny wobec empiryzmu idealista, jak piszący te słowa: żaden racjonalnie myślący wyznawca Locke’a, według którego myśl każda i idea ma pochodzenie czysto zmysłowe, nie zaś nadprzyrodzone, nie zadowoliłby się Bogiem w zetknięciu ze zjawiskiem, którego nie jest w stanie sobie empirycznie wytłumaczyć; przeciwnie, żarliwy ateusz szukałby dalej możliwości analitycznych, które pozwoliłyby wyjaśnić fenomen z pozoru nadnaturalny. Bohater Balzaka (co na to sam Balzac w ogóle nas nie interesuje) wpada w pułapkę pozornego dualizmu materializmu i wiary. Wiara nie powinna potrzebować dowodów. Materializm nie kończy się wraz ze zdolnościami poznawczymi jednostki. Tajemniczość i nieprzeniknioność wszechświata nie pozbawia przecież naszych fizyków przekonania, że można go jednak zrozumieć, nie kieruje ich od razu w ramiona tego czy innego bóstwa. Bądźmy uczciwi, nie zapominajmy nauce jej grzeszków i ułomności, ale nie traktujmy jej jak podstarzałej dewotki à rebours, która co dzień upomina zabobonnych ignorantów, a co niedzielę pada do stóp ołtarza. Niechże się nauka nie korzy tak łatwo przed Nieznanym, niech pozostanie niezłomna w swej gorliwej niewierze.


Obcy?

Pobieżna rewizja znamiennego dzieła Alberta Camus przy okazji omawiania go ze studentami skierowała moją uwagę na nie dostrzeżony wcześniej aspekt Obcego: miejsce i rolę natury w tej niesamowitej powieści.

Oto główny bohater, Meursault, z pozoru obojętny wobec otaczającego go świata, niezdolny do okazywania emocji, jak przyjęło się to czynić, wykazuje zastanawiającą wrażliwość względem pejzażu. Dotknięty z jednej strony, jak wskazują badacze, przykładną ataraksją, to jest stoicką niewzruszonością wyzbytą wszelkich pragnień, Meursault zdaje się jednakże poszukiwać kompensacji nieodwracalnej straty, jaką poniósł wraz ze śmiercią matki – a może też na długo przed nią.

O ile na planie społecznym dokonuje się w powieści zatracenie przez bohatera więzi z innymi, nie przeszkadza to Meursaultowi w wejściu w intymną relację z otaczającymi go elementami przyrody, z morzem na czele. Kilkakrotnie też odnalezione w przyrodzie przyjemność i ukojenie przywołują w myślach bohatera obraz zmarłej matki: „Cudowny spokój uśpionego lata…” przypomina o matce, zaś trawy i cyprysy sprawiają, że bohater zaczyna ją rozumieć.

Można wręcz odnieść wrażenie, że natura, świat odrębny od obojętnych bohaterowi spraw ludzkich, stanowi wyidealizowany obraz utraconej matki. Mityczną matką jest morze, symbol płodności, seksualności, wolności i odnowy. Przeciwieństwem morza staje się mityczne słońce, z którym nieustannie mierzy się bohater, oślepiony i zdezorientowany: słońce jest ojcem, lecz także oświeconym rozumem, przeciwieństwem irracjonalnego morza; słońce jest oczywiście niezbędne dla urodzaju, lecz stanowi także siłę niszczycielską, która zmienić może ziemię w pustynię.

Dualizm ten znajduje odzwierciedlenie, jak sam w swych zeszytach odnotowuje Camus,
w nazwisku bohatera: Meursault to zarazem la mer, czyli morze, oraz soleil, czyli słońce.

To na razie tyle. Jeśli powala mnie Camus, to głównie dlatego, że na temat jego twórczości powieściowej nie mam wiele do powiedzenia, pozostaje ona dla mnie niepokojąco otwarta i niezgłębiona, problematyczna i niejednoznaczna. I bardzo mnie to cieszy.