Poza językiem i mową

„Można by określić mit jako taki sposób wypowiedzi, w którym wartość formuły traduttore, traditore równa się praktycznie zeru. Pod tym względem miejsce mitu w skali sposobów językowej ekspresji znajduje się na antypodach poezji, wbrew wszelkim próbom ich zbliżenia. Poezja jest formą mowy niezmiernie trudną do przełożenia na obcy język, wszelki bowiem przekład pociąga za sobą liczne zniekształcenia. Natomiast wartość mitu jako mitu istnieje nadal mimo najgorszego przekładu. Nawet zupełna nieznajomość języka i kultury środowiska, z którego pochodzi, nie przeszkadza żadnemu czytelnikowi na świecie w odbiorze mitu jako mitu. Istota mitu nie tkwi ani w sposobie narracji, ani w Składni, ale w h i s t o r i i , która jest w nim opowiedziana. Mit jest mową [langage], lecz mową, która pracuje na bardzo wysokim poziomie, tam gdzie znaczeniu udaje się jakby odkleić, jeśli można tak się wyrazić, od podstawy językowej, po której ono początkowo się toczyło”.

 – Claude Levi-Strauss, Struktura mitów

Reklamy

Pandora pozytywizmu

Na łamach szacownej Revue scientifique z września 1881, w artykule zatytułowanym „Równość i nierówność płci”, antropolog Gaëtan Delaunay rozpatruje z perspektywy ewolucyjnej sprawę egalitaryzmu, budzącą w owym czasie, podobnie jak obecnie, niemałe ożywienie. Naukowiec postuluje traktowanie zagadnienia w kategoriach antropologii, nie zaś, jak się to czyniło dotychczas, metafizyki. W konsekwencji proponuje Delaunay wgląd porównawczy w stosunki sił pomiędzy płciami u najrozmaitszych organizmów na różnych poziomach zaawansowania ewolucyjnego. Trzonem jego wywodu staje się więc hierarchiczne postrzeganie organizmów oparte na ewaluacji ich złożoności z perspektywy anatomicznej.

Obserwuje się istotnie, przyznaje badacz, wyższość samicy nad samcem u niektórych głowonogów i wąsonogów, jak i u pierścienic, z nielicznymi wyjątkami. Toż samo tyczy się ponadto pszczół, szerszeni oraz os. Spotyka się również wyższość samicy u ryb oraz u gadów.
Co się jednak tyczy wyższych kręgowców, przekonuje specjalista, sprawa ma się już zgoła inaczej. Teza, jaką stawia Delaunay na podstawie porównania stosunków płci na różnych poziomach ewolucyjnej drabiny, brzmi dokładnie: wyższość samicy nad samcem u organizmów niższych zmierza do zrównania stosunków płci u gatunków na wyższym poziomie złożoności, by następnie, u stworzeń najwyższych, w tym człowieka, powrócić do nierówności – tym razem na korzyść samca. Niezwykle interesujące jest tu wniosek płynący z opisanej powyżej tendencji, pretendujący do miana uniwersalnego mechanizmu ewolucji: la suprématie du mâle en est le dernier terme. Oznacza to, że wyższość samca jest ostatecznym przejawem ewolucji. Niezależnie od prawomocności tego arbitralnego wyroku, ciekawym jest, że wypowiedź ta implikuje jakąś „ostateczną celowość” ewolucji, co oznacza, że pomimo swych postulatów Delaunay nie wystrzega się jednak metafizyki.
Na czym zdaniem badacza polega wyższość samca? Otóż, cytuję, „wśród ptaków oraz ssaków zjawiska związane z odżywianiem cechuje większa intensywność u samca niż u samicy. Krew samca jest gęstsza, czerwieńsza, zawiera więcej czerwonych krwinek i hemoglobiny (Quinquaud, Korniloff)”. Nic prostszego, konstatuje Delaunay: „mężczyzna je więcej niż kobieta”. Wiadomo powszechnie, wskazuje naukowiec, że wyżywienie chłopca kosztuje więcej niż wyżywienie dziewczynki, „tymczasem jednak badania wykazują, iż dziewczynki są od chłopców bardziej żarłoczne (Brillat-Savarin)”. Kolejnym argumentem na rzecz wyższości samca nad samicą jest wydolność oddechowa: szacuje się, że pojemność płuc kobiety jest o pół litra mniejsza niż u mężczyzny tego samego wzrostu. „Mężczyzna – powiada Delaunay – absorbuje więcej tlenu niż kobieta, choć oddycha z mniejszą częstotliwością”. To wszelako nie koniec: „temperatura ciała mężczyzny jest wyższa niż kobiety, podobnie jak wyższa jest temperatura ciała koguta niż kury”. Dalej jeszcze dowiadujemy się, iż szkielet kobiety lżejszy jest niż szkielet mężczyzny. Wywód zwieńczony jest znamiennym cytatem z fizyka i antropologa Paula Topinarda: „pod względem właściwości fizycznych budowy szkieletu, kobieta znajduje się gdzieś pomiędzy dzieckiem a dorosłym mężczyzną”. Kolejne dane dotyczą między innymi budowy łopatek i obojczyków, stóp, a także umięśnienia i budowy czaszki. Pomiędzy poparte badaniami zestawienie cech anatomicznych wkrada się wszelako konstatacja, że „pośród pianistów obu płci wyższy stopień perfekcji osiągają mężczyźni”.
Następuje wreszcie analiza porównawcza budowy czaszki oraz rozmiarów mózgu. Jak wskazuje Broca, średnia masa mózgu mężczyzny to 1323 gramów, gdy tymczasem u kobiety jest to zaledwie 1210 gramów, co daje mężczyźnie aż 113 gramów przewagi. Profesor Bischoff dowodzi jednakże, iż różnica ta sięga nawet 124 gramów. Powołując się dalej na autorytety Broki, Wagnera i Huschkego, zaznacza Delaunay iż przednie płaty mózgowy, „siedziba najwyższych zdolności intelektualnych”, mniej są rozwinięte u kobiet niż u mężczyzn. Nic też dziwnego, iż stwierdza autor za R. Wagnerem (antropologiem z Getyngi, nie kompozytorem z Lipska), iż „mózg kobiety znajduje się zawsze w stanie mniej lub bardziej embrionalnym”. Podobnież wspomniany Huschke stwierdza, iż „kobieta jest ledwie dojrzewającym dzieckiem, i dziecinność jej potwierdza zarówno budowa jej mózgu, jak i reszty ciała”.

Wreszcie, od twardych danych dostarczonych przez rozwijające się prężnie przyrodoznawstwo, przechodzi Delaunay do dziecin bardziej nieco mglistych, jak etyka, filozofia, prawo, mniej wszelako troszcząc się o informacje szczegółowe i wykaz źródeł. Wszelkie prawodawstwo, dowodzi autor, uwzględniało zawsze niższość kobiety względem mężczyzny. Prawo rzymskie przywołuje nieustannie fragilitatem sexus. „Wszyscy filozofowie oraz moraliści przyznają, iż kobieta bardziej jest przesądną, niestałą, kapryśną i upartą”.
Wobec takich danych nie pozostaje nic innego, jak powołać się wreszcie na samego Darwina: „niezależnie, czy chodzi o głębokie rozważania, rozum czy wyobraźnię, czy po prostu wykorzystanie zmysłów, a nawet rąk, gdybyśmy stworzyli wykaz mężczyzn i kobiet wybitnych w danej dziedzinie – poezji, malarstwie, rzeźbie, nauce czy filozofii – te dwie listy nie wytrzymałyby żadnych porównań”. [źródła cytatu brak]
Długo można by jeszcze wymieniać proponowane w artykule zestawienia. Nie chodzi też bynajmniej o to, by spierać się z danymi przedstawionymi przez Delaunay’ego. Niezależnie wszelako od tego, czy antropolog kierował się najszczerszymi intencjami rzetelnego badacza, czy też powodowały nim motywacje ideologiczne, tekst jego pozwala się odczytać z punktu widzenia analizy dyskursu. Delaunay wpisuje się w szerszą tendencję pozytywistyczną obecną w przyrodoznawstwie wieku XIX: jej głównym założeniem jest empiryczna obserwacja wyzbyta, by tak rzec, „metafizycznych uprzedzeń”. W konsekwencji, wszelkie zagadnienia moralne, filozoficzne, a także psychologiczne, nie poddające się empirycznej weryfikacji, zepchnięte zostają poza dominium faktów, na margines publicznej debaty, pomiędzy mrzonki teologów i spekulacje filozofów, gdzie zyskują status zabobonów.
Analizując artykuł Delaunay’ego, nietrudno wykazać arbitralność oraz selektywność
poczynionych przez autora zestawień, choćby nawet same zawarte w nich dane nie podlegały dyskusji. Arbitralnym i zgoła nienaukowym jest sąd, iż celem ewolucji – a przynajmniej „ostatecznym jej wyrazem” – jest wyższość samców nad samicami. Jest to raczej obserwacja pewnej tendencji, i na taki tylko status sformułowanie to zasługuje, gdyż w kategoriach popperowskich jako prawo naukowe podobne twierdzenie nie opiera się falsyfikacji.
Arbitralnym jest także sposób ewaluacji organizmów, rozstrzygania o ich wyższości, na podstawie kryterium „więcej znaczy lepiej”. Więcej masy, więcej czerwonych krwinek, więcej powietrza w płucach – wszystko to prawda, w ujęciu przyrodniczym. Jednak „wyższość” czy „lepszość” nie należą do słownika przyrodoznawstwa, pochodzą raczej z inwentarza moralistów.
Konsekwencją uznania niższości intelektualnej kobiety względem mężczyzny jest bezpośrednio wykluczenie kobiety z debaty publicznej, odmówienie jej racjonalności – porównaj: M. Foucault, Porządek dyskursu. Zagadnienie poruszone w artykule Delaunay’ego ma charakter, jak byśmy dziś powiedzieli, biopolityczny: autor stawia naukom przyrodniczym zadanie rozstrzygnięcia nurtującego społeczeństwo sporu etycznego. Od pewnego rodzaju pytań postawionych naturze w celach poznawczych zależeć ma zatem kształt i urządzenie społeczeństwa. Lecz czy same te pytania nie mogłyby być postawione inaczej?
Pozostaje wreszcie kwestia najistotniejsza, niezależna od twardych danych lub ich twardej interpretacji: czy ewentualna „wyższość” danego gatunku lub organizmu nad innymi daje mu z etycznego punktu widzenia jakiekolwiek przywileje kosztem tamtych. Czy domniemana „wyższość” człowieka nad innymi zwierzętami, a także w obrębie samego gatunku wyższość jednej rasy nad inną, wyższość jednej płci nad inną, uprawnia do jakichkolwiek roszczeń czy wykluczeń? Na te pytania nie odpowiedzą najstaranniej nawet zgromadzone fakty, gdyż nie jest to kwestia podlegająca weryfikacji: jest to kwestia wartości.
Co było do udowodnienia, choć obserwacja empiryczna dostarcza pewnych danych, na podstawie których nauki przyrodnicze pozwalają konstruować ogólne prawa i przewidywać zdarzenia, bywa wszelako tak, że umiejętna manipulacja danymi, retoryka cyfr i jednostek miary, a także pochopna generalizacja, mogą prowadzić do autorytatywnych konkluzji w dziedzinach leżących poza zainteresowaniem przyrodoznawstwa. W ten sposób autorytet nauk przyrodniczych pozornie legitymizuje nierówność, tak rzekomo namacalną w naturze: prawo silniejszego „empirycznie” usprawiedliwia kapitalizm, niewolnictwo i wszelkie opresje. Wszak potwierdzi to pewnie każdy goryl, że siła zwalnia od kultury.

Na podstawie:
La Revue scientifique de la France et de l’étranger : 1881/07-1882/01


Duch się wycofuje

 

The time is out of joint
Hamlet

Widz utożsamia się z Hamletem, ten z kolei – w wyniku mrocznej obsesji, iluzji, której dał wiarę – skazany na błądzenie w labiryncie swego dramatu, w pewnym momencie utożsamia się z widzem.

On sam przygotował spektakl, zastawiając w swym mniemaniu pułapkę na Klaudiusza. On sam przecież wprowadził zmiany w scenariuszu, w wyniku czego jego dzieło, którego był twórcą i obserwatorem, wpłynęło na dalsze losy dramatu, którego był protagonistą. W tym wszystkim łatwo zapomnieć o roli ducha, Hamleta-ojca, który przez tożsamość imienia, jest siłą rzeczy sobowtórem księcia. Duch wprowadza na scenę element Absolutu i Sensu, który można odczytać na dwa sposoby: albo jest to Sens odkryty w pierwszej scenie przez strażników i zinterpretowany przez Hamleta, albo też zasugerowany przez strażników, a przez Hamleta nadany.

Nieobecność ojca, będącego figurą Boga, wyjałowiła świat Hamleta z Sensu. Mówiąc krótko: Bóg umarł, duch się wycofał, zatracił – pozostał jedynie świat materialny, czyli, rozumując w kategoriach platońskich: odbicie Ideału. Ta nędzna powierzchnia materialna to złożony ze strzępów ludzkiego poznania fantazmat lub też, jak konstatuje Makbet: „opowieść głupca, pełna wściekłości i wrzasku”.

Mówiąc jeszcze krócej: nowoczesność.

Młody książę owładnięty jest obsesją przywrócenia Sensu światu „zwichniętemu”, przywrócenia Ideału opuszczonej przez Boga nowoczesności:

Świat wyszedł z formy:
I mnież to trzeba wracać go do normy!

Podobnie, jak Hamlet-Ojciec w sztuce Szekspira jest wygnańcem z Elsynoru, Bóg jest wygnańcem ze świata nowoczesnego.

Jeśli dodać do tego, że na scenie własnego teatru, grał Szekspir właśnie postać ducha, mamy do czynienia z przyprawiającą o zawrót głowy mise en abyme, której nie wyjaśnia poparta algebrą teoria Stefana Dedalusa, jakoby „wnuk Hamleta był dziadem Szekspira, on sam zaś duchem własnego ojca…” i całe dzieło Barda oparte było na banalności życia codziennego, i nie miało źródeł w mitycznych strukturach platońskiego Ideału.

Przedstawia się to mniej więcej tak:

Szekspir – autor empiryczny VS Szekspir-Duch Hamleta – teatralny sobowtór

Hamlet – książę Danii VS Hamlet-Duch-Ojciec – sobowtór księcia (czy fantastyczny?)

Ponadto, gra lustrzanych powtórzeń komplikuje się w momencie mise en abyme, czyli wprowadzenia teatru w teatrze:

Hamlet – bohater dramatu (A) twórca dramatu w dramacie (B) VS Hamlet – bohater A widz B

Hamlet-Duch-Ojciec (grany przez Szekspira) – sobowtór Hamleta VS sobowtór Hamleta ojca przedstawiony w sztuce B, w teatrze w teatrze, zainspirowanej przez Hamleta-księcia, którego jest sobowtórem

Tym bardziej zasadne zdaje się fundamentalne pytanie o tożsamość, postawione przez Bernarda na samym początku dramatu: Who’s tere? Pytaniu temu, jak się zdaje, aż do ostatnich słów sztuki, odpowiada jedynie milczenie.

Sam książę Hamlet jest zawsze innym, za każdym razem, gdy się odzywa, słychać subtelne rozdzielenie akcentów pomiędzy lekkoduchem, szaleńcem, melancholikiem i obsesyjnym konspiratorem.

Lekkoduchem jest w rozmowach z przyjaciółmi, szaleńcem w dialogu z Poloniuszem, nieco później z Ofelią (choć teoretycznie są to jedynie fortele konspiratora, alter-ego zdaje się brać chwilami górę nad intelektem księcia); melancholikiem jest w scenach samotnych, oba monologi są głosem chorobliwej rozpaczy, utraty i poszukiwania Sensu, nie są jednak pozbawione spójności i względnej trzeźwości rozumowania…

Skłaniam się aktualnie ku przeświadczeniu, że w tak zwanym „świecie empirycznym”, czyli na zewnątrz dramatu, widz jest Hamletem, Szekspir zaś Duchem, autorem tragedii, który się wycofał.

Jak widać, nie wiadomo do końca, czym jest reszta.


Zostawcie nasze matki

Frailty, thy name is woman!
Hamlet

Jest rzeczą co najmniej dwuznaczną uczynić z wielkiego pisarza  hybrydę Oliwera Twista i Kaja z Królowej śniegu w demoniczno-industrialnej scenerii Paryża wieku XIX, dlatego tylko, że jego relacja z matką nie należała do łatwych. Cóż, jest to ładne, poetyczne, malownicze, i zdaje się wiele wyjaśniać, jest jednak w istocie intelektualnym nadużyciem, fabularnym uproszczeniem.

W biografii J.-K. Huysmansa Alain Vircondelet popełnia, jeśli nie błąd, to przynajmniej odchylenie: percepcyjną, by tak rzec, paralaksę, antycypując w dzieciństwie pisarza najdonioślejsze tematy jego dojrzałych powieści: pociąg ku spirytyzmowi, mizoginię, eskapizm i chorobliwe marzycielstwo, co gorsza, podświadomie przypisując samemu autorowi cechy jego bohaterów.

Niczym w mieszczańskiej powieści moralizatorskiej, bildungsroman o życiu Huysmansa zaczyna się od skromnej, lecz przytulnej rodzinnej sielanki przy rue Suger w Dzielnicy Łacińskiej, gdzie po dziś dzień wisi przy numerze 11 tabliczka upamiętniająca pisarza, który przyszedł tam był na świat w lutym burzliwego roku 1848. Z początku wszystko jest piękne i zaczarowane: wokół etiud Schumanna granych przez matkę oraz zdobnych ilustracji katechizmów malowanych przez ojca osnuwa się wielki mit dzieciństwa. Jest rzeczą jasną, że coś się musi spieprzyć.

Istotnie, w roku 1856 umiera ojciec. Wkrótce później, nim zdążą ostygnąć podane na stypę potrawy, można je już serwować na ucztę weselną. Zapewne ośmioletni Charles Marie Georges Huysmans nie znał jeszcze Szekspira. Choć wyobraźnia jego skądinąd mocno już musiała być ożywiona przez malarzy holenderskich, pośród których miał zresztą znakomitych przodków. Lecz jeśli nawet myślał jak Hamlet (She married. O, most wicked speed, to post / With such dexterity to incestuous sheets!), widząc w ojczymie zaledwie nikczemnego satyra w porównaniu ze zmarłym Hiperionem, czy fakt ten – doniosły w życiu dziecka – wyróżnia się czymś szczególnym w życiu społeczeństwa?

Vircondelet pisze o matce Huysmansa tonem oskarżycielskim, zdając się tłumaczyć jej zachowaniem późniejszą mizoginię pisarza. Pani Malvina po śmierci pierwszego męża zmuszona była wraz z synem przenieść się do rodziców i podjąć regularną, ciężką pracę. Miała przez to mniej czasu dla chłopca. Najwyraźniej powtórne małżeństwo zaangażowało także część jej emocji, którymi chłopiec musiał się odtąd dzielić z ojczymem.

Tym samym, pomimo mojego zamiłowania do gatunku biograficznego, przyznaję się do niechęci, odrazy wręcz, wobec uporczywych szperań w dzieciństwie człowieka, który dał ludzkości tak monumentalne dzieła. Nie dość, że jest to szukanie na ślepo, nie przynoszące wyjaśnień, a co najwyżej przesłanki. Przede wszystkim proceder ten obnaża, rozdeptuje intymność, wywleka na wierzch wszystko to, czego przed samym człowiekiem przecież nie wyjawia jego własna jaźń. To ironia, że zdaniem niektórych badaczy (J.P. Vilcot), temat intymności właśnie oraz jej zabezpieczenia, był wiodącym w twórczości Huysmansa. Lecz to twórczość należy badać, przyglądać się jej wnikliwie, czytać po wielekroć – nie zaś wżerać się, niby robal, w najdelikatniejszą tkankę dzieciństwa.

Należy to raz dosadnie powiedzieć: nie kompleks Edypa czyni pisarza.

Owe przeogromne doświadczenia dzieciństwa, te blizny, wstrząsy, urazy zepchnięte w cień nieświadomości, kształtują bez wątpienia znaczną część osobowości; wpływają na wyobrażenia o mężczyźnie i kobiecie, wpływają na zachowania społeczne, na relacje, związki, lęki, zamiłowania, koszmary. Ale litości! Dotyczą one wszystkich ludzi! Nie ma dzieciństw idealnych, nie ma matek i ojców bez skazy. Bo każdy głupi wie, jak zrobić dziecko, nikt nie wie natomiast, jak zrobić rodziców.

Nijak wszelako nie tłumaczy to fenomenu, jakim jest pisarz. Nie wystarczy prześledzić jego traumy, rozpacze i urazy, poznać historię chorób i dziecinnych rozczarowań, jak gdyby chodziło o medyczną diagnozę. Artysta nie poddaje się empirycznej weryfikacji, a każde studium psychologiczne sprowadzi go do schematycznych uproszczeń, niezdolnych wytłumaczyć geniuszu jego dzieła.

Przeto matkę, choć ma swoje za uszami, należy zostawić w spokoju.


Dobry Zola, zły Zola

Émile Zola dostarcza być może najjaskrawszych dowodów na to, iż jeśli chodzi o pisarzy, jest rzeczą dziecinnej naiwności, złego smaku i kiepskiego humoru brać na poważnie jakąkolwiek z ich wypowiedzi, która by nie była fikcją.

Nie sposób kwestionować niezrównanego mistrzostwa Zoli w dziedzinie sztuki powieściowej: niestrudzonej eksploracji najpoczwarniejszych zakątków materialnego bytu, zmyślnej i wizjonerskiej tresury wzburzonych motłochów, wnikliwej dokumentacji empirycznej i nieugiętej dyscypliny stylu – tak poetycko wstrzemięźliwego.

I gdyby zakończyć znajomość z tym zacnym pozytywistą na samej tylko lekturze smakowitych okropności, jakie zgotował czytelnikowi w swych dziełach, można by go zaliczyć do znakomitych pisarzy. Jakież czeka zaskoczenie tych, którzy zechcą zapoznać się bliżej z postulatami, leżącymi u podstaw tej przejmującej twórczości.

Dość najwyraźniej powierzchowna lektura Szkoły uczuć Flauberta wywarła na Zoli wrażenie tak silne, iż przez długie lata tkwić miał w przekonaniu, że pisanie powieści polega na naśladowaniu tak zwanej „rzeczywistości”. Atoli to, co u Flauberta było w istocie zmyślnym kalejdoskopem chimer współczesności, monumentalną iluzją osnutą na mrzonkach burżuazji, stało się dla Zoli materią pracy przyrodnika, żmudnym procesem gromadzenia danych i ich powielania na kartach powieści. Przekonany za Claude’em Bernardem, że nauki przyrodnicze wyjaśnią niebawem wszystkie problemy ludzkości, że sekrety psychiki ulegną pod naporem fizjologii i chemii, Zola postanowił wyeliminować ze swej twórczości wszystko, co nie podlega empirii. Tak powstał Naturalizm, u którego podstaw leży założenie, iż istnieje coś takiego, jak Natura, a także, iż da się ją badać, ograniczywszy obserwację wyłącznie do metod opartego na empirii przyrodoznawstwa.

Na całe szczęście, w powieściach swych nie ze wszystkim pozostawał Zola wierny swym postulatom. Dużo u niego mimowolnej poezji, terminologia przyrodnicza, medyczna, socjologiczna, miesza się z językiem uczuć czy nawet filozofii. Tak oto w zbuntowanych robotnikach z Germinalu wzbiera na przykład i pęka jakiś „wrzód urazy”, co pozwala skądinąd w sposób metaforyczny ująć istotę tego, co Nietzsche nazywa „resentymentem”.

W moich oczach najwięcej jednak zaszkodził Zola swej reputacji za sprawą wąskiego i niezbyt na szczęście profetycznego spojrzenia na dwóch wielkich artystów stulecia, bez których wiele późniejszych tworów kultury bardziej może przypominałoby zdjęcia i reportaże z bankrutującego szpitala niż feeryczną symfonię ożywionych snów. Chodzi o Charlesa Baudelaire’a i Gustave’a Moreau.

O Kwiatach zła powiada Zola, iż jest to twór „rozstrojonego mózgu” (wierny swemu programowi, Zola posługuje się tu terminem fizjologicznym dalekim od kartezjańskich konotacji); co więcej, że za sto lat o tych „wyszukanych dziwactwach” nie będzie się już wspominać, jak tylko gwoli ciekawostki (Le Gaulois, 1869). Co gorsza jeszcze, przestrzega Zola przed niebezpiecznym urokiem, jaki znajdują w tych okropieństwach młodzi adepci literatury (Le Messager de l’Europe 1878), krótko mówiąc: moralizuje!

Co się zaś tyczy Gustave’a Moreau, spostrzega Zola, iż malarz ten nie kryje swej pogardy dla realizmu (jak gdyby był to zarzut), malując swe urojenia „subtelne, złożone i tajemnicze”, podsumowując następnie, że wobec tego malarstwa „przechodzi się ze wzruszeniem ramion, to wszystko” (Le Messager de l’Europe 1878).

Wniosek płynie z tego prosty: podmiot nie powinien zbyt ochoczo brać na siebie odpowiedzialności sądzenia. O ile powieść, jako wyższa konieczność i twór autonomiczny, jest w gruncie rzeczy neutralna, i nigdy nie wyrokuje (jeśli bowiem zmusza ją do tego moralista, lubo zwraca się powieść przeciw niemu), pisarz zaś jest tylko jej sługą, wykonawcą lub – jeśli wolimy termin spirytualistyczny: medium; o tyle samodzielna wypowiedź podmiotu w formie twierdzącej jest niemal zawsze bzdurą.

Człowiek nie jest w stanie myśleć samodzielnie, dlatego przez wieki szlifował paradoks, na końcu zaś stworzył powieść, jako najdobitniejszy i zarazem najuczciwszy wyraz swej nieskończonej ograniczoności.


Wyklęci w meandrach sławy

Niby drobnostka, ale coś mnie tknęło, by o tym napisać. Pewien paryski bukinista, człek skądinąd zacny, życzliwy i bardzo oczytany, powiedział mi, że zapóźniona – i nadal względna – sława literacka hrabiego Augusta Villiers de L’Isle-Adam, jest owocem starań Paula Verlaine’a, który umieścił niedocenianego literata pośród swoich poètes maudits, czyli „poetów wyklętych”. Otóż nie jest to do końca prawda.

Pierwsze dwie publikacje Les poètes maudits miały miejsce w roku 1884 i stanowiły hołd dla trzech poetów: Tristana Corbière’a, Arthura Rimbaud oraz Stéphane’a Mallarmé’go. Dopiero cztery lata później ukaże się rozszerzona wersja publikacji, w której do grona „wyklętych” włączony zostanie Villiers.

 Henri_Fantin-Latour_-_By_the_Table[Obraz Henri’ego Fantin-Latoura, Un coin de table z r.1872, na którym widać między innymi Verlaine’a i Rimbauda (od lewej), zwykło się uważać za reprezentację grona „poetów wyklętych”.
Z punktu widzenia chronologii jest to anachronizm, zważywszy, że swój poczet utworzyć miał Verlaine w latach 80.]

Tymczasem w roku 1884 ukazuje się powieść A rebours („Na wspak”), przełomowe dzieło Jorisa-Karla Huysmansa; tu, pośród bezcennych, starannie oprawionych książek w kolekcji diuka des Esseintes’a, umieścił Huysmans, obok dzieł takich autorów jak Flaubert, Baudelaire czy Barbey d’Aurevilly, również wydane rok wcześniej Contes cruels („Powiastki okrutne”) Villiersa.

W rozważaniach swego bohatera charakteryzuje Huysmans utwory Villiersa jako „nadzwyczaj przenikliwe, wyraziste, pełne czarnego humoru i bezlitosnego szyderstwa”. W tej eseistycznej części swej powieści Huysmans poświęca Villiersowi przynajmniej jeden akapit.

Biorąc pod uwagę niebywały rozgłos powieści Na wspak i jej szeroki zasięg, można powiedzieć, że autor przeciętnej dotychczas renomy włączony w poczet mistrzów diuka des Esseintesa otrzymał natychmiastową nobilitację. Dodajmy, że już pod koniec lat siedemdziesiątych publikował Villiers w La vie moderne fragmenty najsłynniejszej swej powieści, Eve future („Ewa jutra”), zaś wydane w 1883 Contes cruels nie przeszły przecież bez echa. Nie bez znaczenia jest też uznanie ze strony innego wielkiego symbolisty, Remy’ego de Gourmonta, który uważa ów niewielki zbiorek za punkt zwrotny we francuskiej literaturze: „(…)przeczytawszy te powiastki, młodzi ludzie byli wstrząśnięci. W owym czasie pojawiła się Sagesse [Verlaine’a, 1880], odkryto też Mallarmé’go. Żniwa zebrało Na wspak. Pojawiła się nowa literatura.”

Zresztą, wszystko to plotki i anegdoty.


Boks a epistemologia

Ledwie godziny dzielą nas od tak zwanej „walki stulecia” (która to już w ciągu ostatnich kilkunastu lat?), w której utytułowany zawodnik MMA, Irlandczyk Conor McGregor, zmierzy się z niepokonanym dotychczas amerykańskim bokserem, Floydem Mayweatherem, na zasadach bokserskich. Towarzyszy walce ekscytacja, spektakularna promocja, która dawno przekroczyła wszelkie granice dobrego smaku, oraz – przede wszystkim – pseudonaukowa spekulacja. Niezmierzone pokłady dyletanctwa napływają ze strony miłośników zarówno boksu, jak i MMA: każdy prezentuje swoje racje poparte latami spędzonymi na ringu bądź przed telewizorem. Dla zwolenników Floyda, rzecz jest przesądzona: bokser będzie we własnym żywiole, wie, co robić, robi to od czwartego roku życia, czyli już ponad trzydzieści lat… Dla ich oponentów, młodość i eklektyczny (choć tego słowa nie używają) styl Irlandczyka jest jego największym atutem.

Nietrudno zauważyć, że wiele z tych prognoz – opartych rzekomo na zdrowym rozsądku – jest w istocie wynikiem myślenia życzeniowego. Wszelkie prezentowane „fakty”, zwłaszcza te, dotyczące stylu walki i innych czynników, są tak naprawdę interpretacjami, podporządkowanymi pragnieniu takiego, a nie innego wyniku. Nic też dziwnego, że na przykład za Irlandczykiem opowiadają się głównie osoby związane ze środowiskiem MMA (wśród nich nawet pokonani przezeń rywale!), jak Nate Diaz, Brendan Schaub (chyba największy entuzjasta) czy Joanna Jędrzejczyk (fanka i koleżanka, również mistrzyni), a także, o ile pamiętam, bezlitośnie przez McGregora sponiewierany Eddie Alvarez, zawodnik skądinąd bardzo sympatyczny i przyzwoity.

Zresztą, z całą listą „twardych” danych związanych z walką można się zapoznać na dowolnym portalu sportowym. Dla nas ważniejszy jest jednak głębszy, epistemologiczny wymiar konfliktu: ludzkie narzędzia poznawcze są w obliczu tego starcia bezradne. Żadna statystyka, żadne analizy walk, żadne porównania stylów, nie pozwolą przewidzieć wyniku. Wiąże się to nie tylko z faktem, iż uwzględnienia wymaga trudna do oszacowania liczba zmiennych, lecz także z tego, że posiadane przez nas dane nie są kompatybilne. Nie ma prostych przełożeń, pozwalających szacować choćby przygotowanie kondycyjne obu stron, ponieważ reprezentowane przez dwóch zawodników sporty walki są skrajnie różne. Co się tyczy ich technik, wiemy tylko tyle, że sprawdzają się one w specjalności każdego z nich. Na dodatek „pewne” dane empiryczne, które posiadamy, jak wiek czy warunki fizyczne, nie korelują w tym przypadku w sposób bezpośredni z szansami na zwycięstwo.

Wszyscy ci, którzy orzekają z góry na temat wyniku walki, niezachwianie pewni, specjaliści czy nie, są to błazny i katarynki. Większość z nich wietrzy tu pewnie swą okazję, by w wypowiedziach swych wykazać się mniej lub bardziej merytoryczną wiedzą i przenikliwością, powymądrzać się uczenie, bo jest 50% szans, by móc potem powiedzieć „a nie mówiłem”.

Wypada jednak przyjrzeć się filozoficznym konsekwencjom możliwych rezultatów.

Ewentualne zwycięstwo Mayweathera winno być od strony fenomenologicznej taką samą niespodzianką, jak jego możliwa porażka. Nie zmieni to niczego w stanie naszej wiedzy, pozwoli jedynie wszystkim, którym wydawało się oczywistym, wypowiedzieć z dumą i przekonaniem znawcy owo uczone „a nie mówiłem?”. Da także wątłą przesłankę statystyczną, by w przyszłości wyrokować na temat przebiegu podobnych walk hybrydowych. Będzie krzepiącym złudzeniem przewidywalności zjawisk.

Z drugiej strony, ewentualne zwycięstwo McGregora wykaże dobitnie, że brak nam doświadczalnych przesłanek oraz instrumentów poznawczych, zdolnych budować – poza bukmacherską szarlatanerią – spójne i sprawdzalne modele sportowej rzeczywistości. Nie istnieje, według mojej wiedzy, ścisła, interdyscyplinarna nauka zajmująca się badaniem zjawisk sportowych w kontekście przewidywania wyników. Nie może istnieć, gdyż rzeczywistość sportowa wymyka się modelom. Zbyt dużą rolę odgrywa w niej, poza niezliczoną ilością zmiennych, ów najbardziej tajemniczy, nieprzewidywalny czynnik – czynnik psychiczny: motywacja, wola walki, charakter – nazwijmy to, jak chcemy.

W niemniej interesującym położeniu egzystencjalnym znajduje się w obliczu tej walki obserwator. Uwzględniając wymienione powyżej podstawy sceptyczne, hipotetyczny miłośnik sportu – gdyby zmuszony był obstawać – winien z czysto racjonalnych pobudek postawić swoje pieniądze nie na zasadzie: „wiele wskazuje na to, że wygra X…”, skoro zarazem nic nie wskazuje i wszystko wskazuje, lecz na zasadzie: „ja chcę, aby wygrał X”. W konsekwencji, uznać należy, że w obliczu niepoznawalnego, niby w jakiejś kuriozalnej, popkulturowej wersji zakładu Pascala, miłośnik sportów walki zmuszony z jakiegoś powodu rozdysponować swe pieniądze w zakładzie bukmacherskim, winien kierować się nie wiedzą (z konieczności niewystarczającą) lecz wiarą.

NB: Rzecz ciekawa: w podobnym położeniu znajdują się w pewnym momencie bohaterowie współczesnej science-fiction, jak w przypadku Prometeusza Scotta, czy Interstellar Nolana. Uwikłani w barokowe sploty iluzji, jakie gotuje im niepoznawalny wszechświat, naukowcy zmuszeni są zdać się na wiarę i przesłanki emocjonalne, gdyż ich wiedza nie jest i nie może być wystarczająca.

(Kurtyna, słychać galaktyczny śmiech Flauberta)