Fair play – grubiaństwo nie przejdzie

Od samego początku istnienia „Na wspak” założeniem moim było trzymanie się z dala od spraw bieżących, od wulgarnej współczesności, od niegodnych uwagi kulturalnego człowieka problemów, których nie byłoby, gdyby nie rażące niedobory w edukacji i kulturze właśnie. Jest jednak tak, że – jak pisał Nietzsche – „o czym milczeć nie należy, o tym należy mówić”. Kilka już razy, uderzony niczym obuchem grubiaństwem pewnych zachowań, wyrażałem swoją opinię. Uczynię to więc raz jeszcze.

Czytam w brukowcu niegodnym wzmianki o planowanym debiucie polskiej dziennikarki sportowej w MMA. Dziewczyna jest, jak to się mówi, wykształcona, zna języki, od dwunastego roku boksuje, i nagle, stęskniwszy się za sportem, powraca na matę, do czego ma pełne prawo. Rzeczona gazeta, która na ogół nie reprezentuje żadnego poziomu dziennikarstwa, przeprowadza z nią nawet sensowny wywiad. W komentarzach natomiast rozpętuje się „gównoburza”. Dzielni, pracowici, prawomyślni mężczyźni odrywają się na chwilę od telewizora i sącząc browara wylewają swój jad na dziewczynę, która prawdopodobnie w uczciwej konfrontacji zrównałaby ich z ziemią, która z pewnością reprezentuje wyższą od nich kulturę osobistą, i której wykształcenia ich słodkie nieróbstwo nie pozwala kwestionować. Skąd w ludziach tyle jadu, tyle zawiści, tyle grubiaństwa?

Pomijając komentarze w stylu „rżnąłbym” albo „posparowałbym z nią w parterze”, największe obrzydzenie budzi przebijający z niektórych wypowiedzi światopogląd.

„Niech zawalczy o równouprawnienie z jakimś kolesiem, może z McGregorem?”

 – Serio? Rzuć pod jej adresem prostacki komentarz na ulicy czy w autobusie, i przekonaj się, na czym polega równouprawnienie.

Zawodniczka jest zdeklarowaną wegetarianką, nieunikniony jest zatem komentarz:

„Mięso uważa za syf, ale słodycze jadłaby codziennie!”

Co ma piernik do wiatraka? Szkodliwość spożywczego mięsa jest rzeczą dowiedzioną klinicznie. Nad szkodliwością hejtu z pewnością też trwają jakieś badania.

„nie będzie jej chciał żaden porządny, uczciwy chłopak”

Na forum pełnym porządnych i uczciwych mężczyzn, jeden z nich wygłasza ten kategoryczny wyrok, czując się bez wątpienia rzecznikiem polskich dżentelmenów. To jednak nieistotne, istotniejsze jest to, że postrzega się kobietę jako istotę, której celem istnienia jest „być chcianą” przez kogokolwiek, nie zaś jak najpełniejsze realizowanie własnej osobowości w tym, co sprawia radość i pasjonuje.

I jakim prawem gromada ćwoków przed komputerami decyduje o wzorcach kobiecości, zabraniając płci pięknej uprawiać sport, wymagający siły, odwagi, dyscypliny oraz technicznej sprawności? Czyżby bał się jeden z drugim, że trzeba wziąć się do roboty, bo wkrótce damy będą w stanie obronić się przed jego prostactwem? Że damy nie będą już patrzeć z podziwem na dzielnych mężczyzn z obwisłym brzuszyskiem, bo same będą od nich sprawniejsze, silniejsze, bystrzejsze? Tu was boli, prawda? Że zamiast pachnieć, gotować i wypinać się kiedy trzeba, będą też potrafiły przyłożyć, i nie będzie łatwo ciężką ręką przywołać ich do porządku!

Wreszcie, konstatacja ogólna:

„Ktoś wam płaci za promowanie tego zjebanego pseudosportu dla lokalnych półgłówków i buraków…?”

W dzisiejszym świecie każdy sport posiada dwa oblicza: techniczne oraz komercyjne. To drugie wiąże się oczywiście z pieniędzmi, promowaniem, konfliktami, nierzadko mało eleganckim postępowaniem. Gdy jednak przychodzi do konfrontacji, mimo brutalności rywalizacji, odnaleźć można wzajemny szacunek, fair play i godne współzawodnictwo. Nie ma nawet sensu wspominać o technicznej złożoności tego sportu, którego przedstawiciele muszą w swym treningu uwzględnić techniki jiu jitsu, zapasów, kick boxingu, muay thai, karate, taekwondo, a nawet czasami capoeiry. To olbrzymi nakład pracy, dyscyplina, karkołomne ćwiczenia techniczne, nadludzka kondycja oraz nieporównywalne z wieloma innymi dyscyplinami obciążenie psychiczne, wiążące się z dużym ryzykiem kontuzji. Zdecydowanie, nie jest to sport dla buraków i półgłówków.

Wreszcie, to na treningach MMA poznałem kolegę będącego fizykiem teoretycznym, zaś mój dobry przyjaciel, doktor antropologii, jest istnym zabijaką w formule K1. Poza tym, w moim klubie bokserskim trenuje wiele pięknych i kulturalnych kobiet.

Deal with it: to, co nazywacie buractwem, opluwa się jadem w internecie.

Prawdziwe damy oraz dżentelmeni walczą w ringu.

 

Reklamy

Uchodźcy a koń trojański

Inter arma silent Musae

Niniejszą refleksję pragnę poświęcić właściwemu odczytaniu imponującego, eklektycznego i wielce wymownego transparentu wykorzystanego przez środowiska nacjonalistyczne w tegorocznym marszu niepodległości.

Na tle średniowiecznej warowni z odmalowanym gotykiem angielskim napisem „Europe” (wiadomo wszak, że cała średniowieczna Europa posługiwała się angielskim!), zakapturzony osobnik wymachujący polską flagą wychodzi na spotkanie konia trojańskiego, z którego wyłania się utrudzony i osamotniony człowiek deklarujący iż jest uchodźcą. Pod spodem wezwanie „Zbudź się, Europo!”

Nieprzypadkowa to symbolika. Jak pisze Kochanowski w epicedium dla Jana Babtysty Tęczyńskiego:

Wiodłeś swój ród wysoki z domu Tęczyńskiego,
 Skąd ustawicznie, jako z konia Trojańskiego,
Jeden po drugim ludzie wielcy wychodzili,
 Którzy doma i w polu godni w Polszcze byli.

W ślad za wielkim rodzimym poetą z Czarnolasu, młodzi polscy patrioci, pragnąc zademonstrować gościnność i otwartość wobec uchodźców, odwołują się w swej retoryce do toposu konia trojańskiego, w którym przecież – jak wiemy z Iliady – ukryli się najznamienitsi mężowie Grecji. Nie ulega wątpliwości, że nasi dzielni bojownicy, silnie zakorzenieni w tradycji śródziemnomorskiej, składają tym samym hołd przybyszom z ogarniętych wojną krajów, którzy „doma i w polu”, czyli zarówno w czas pokoju, jak i w czas wojny, godnie zostaną w Polsce przyjęci.

Oto więc bezimienny polski bohater, tak skromny, że nawet twarzy nie chce odsłonić, nawołuje do przebudzenia Europę obojętną na cierpienie uchodźców. Na powitanie wymachuje flagą; zdaje się także, iż zapala nawet pochodnię (błędnie odczytywaną w eklektycznym rozpędzie jako koktajl mołotowa, wynalazek skądinąd fiński), ażeby wymęczony, przemarznięty uchodźca, klasyczny homo viator, nie zgubił drogi pośród mroków ogarniętej anomią Europy.

 

 


Wilde u Chopina

Nie na odwrót. To Wilde, a także bohaterowie jego eseistycznych dialogów, odnajdują siebie słuchając muzyki.

Idealizm Wilde’a przejawia się w każdej niemal wypowiedzi na tematy estetyczne, gdzie piękno jako najwyższa wartość uzyskuje prymat nad utylitaryzmem i materializmem, czyli światem namacalnych pozorów. Szczególnie jednak muzyka stanowi u Wilde’a sztukę uprzywilejowaną, jak czytamy w przedmowie do Portretu Doriana Graya:
„Z punktu widzenia formy typem wszystkich sztuk jest Muzyka”.

W dialogu The Critic as Artist, czyli Artysta jako krytyk, w refleksji Gilberta na temat Chopina, odnaleźć można platońską ideę anamnezy:

„Gdy gram Chopina, czuję się, jak gdybym opłakiwał grzechy, których nie byłem popełnił, jakbym ubolewał nad tragediami, które nie były moim udziałem. Muzyka zawsze zdaje się wytwarzać ten efekt: stwarza dla nas przeszłość, z jakiej nie zdawaliśmy sobie sprawy, wypełnia nas smutkiem dotychczas utajonym. Mogę sobie wyobrazić człowieka, który wiódł życie wygodne i uładzone: usłyszawszy przypadkiem jakiś osobliwy utwór, nieświadomie odkrywa nagle w swej duszy, okropne doświadczenia, przez które był przeszedł, straszliwe rozkosze, dzikie namiętności lub wielkie rozczarowania”.

Wpływ muzyki zdaje się zatem u Wilde’a osobliwie anamnezogenny: gwałtowne przypomnienie preegzystujących idei i doświadczeń mogliby fizjolodzy minionej epoki tłumaczyć biochemią mózgu, nie ma to jednak znaczenia dla samej idei; opis przyrodniczy nie wyjaśnia sensu, tak, jak na przykład analiza składniowa zdania. Ale to już wiemy. Tym bardziej u Wilde’a nie widzi się żadnej rzeczy, o ile nie ujrzy się jej piękna. Patrzeć i widzieć – tego uczy sztuka.


Stulecie spleenu

Że Baudelaire odkrył dla swej epoki nowy stan chorobowy, nie jest stwierdzeniem ani przesadnym, ani też przesadnie nowym. Po prawdzie, znano spleen już wcześniej, dalece jednak szczuplejsze było romantyczne pole znaczeniowe terminu, oznaczającego po prostu śledzionę, której ciemne wydzieliny miały według Hipokratesa wywoływać chandrę.

Cyklem czterech ponurych wierszy ze spleenem w tytule Baudelaire zaraził epokę nową dolegliwością: poczuciem wszechogarniającej beznadziei, niepokoju, nudy, osamotnienia, bezcelowości istnienia. Rzecz to znamienna, że jakkolwiek jest baudelairiańska choroba przypadłością określonych czasów – i to w nich należy upatrywać jej etiologii – to jednak dopiero jej poetycka konceptualizacja uczyniła ją, by tak rzec, realną. Od Kwiatów zła, spleen staje się zawodową chorobą poetów.

Niemal pół wieku później, Remy de Gourmont tak opisywać będzie tajemniczą dolegliwość swego bohatera:

„Krótki to był moment: […] uczuł znany mu dobrze dreszczyk, zwiastun spleenu, i sam spleen zaraz lodowato zaświstał mu w uszach, zwykły początek, ograniczając horyzont swoim murem, czarna Myśl wyrosła naprzeciw […] Przytłoczyła go bezmierna rozpacz, a on, bynajmniej nie pragnąc otrząsnąć się z ciężaru, kulił pod nim ramiona, dawał się miażdżyć aż do samobójstwa. Cierpienie zamknęło mu oczy, dygotał z zimna, rozgorączkowania i zgrozy, resztka rozsądku jednak pozostała gdzieś w głębi, uświadamiała go, iż taki ból nagły i bezprzyczynowy to absurd. Cóż z tego, skoro trwał w nim leżąc obecnie pod lawiną mroku, nieruchomy poddawał się torturze samotnej śmierci, agonia duchowa obdzierała go z wolna ze skóry. Trwało to godzinę, ale wycierpiał przez ten czas tygodnie udręk rzeczywistych i głębokich, udręk najokrutniejszych, jakie wynalazła katownia wyobraźni ludzkiej, udręk beznadziejnych, udręk piekielnych.”

Kto porówna ten opis z czwartym Spleenem Baudelaire’a, rozpozna te same objawy.

Nawet w swych najchorobliwszych podrygach, nie ustaje życie w naśladowaniu poezji.


Tryumfy miernoty

Szczególne, jak Balzak balzakizował wszystko, co się o niego otarło: taka na przykład jego śmierć – czyż to nie czysty „balzak”? Natychmiast po zgonie pisarza wierzyciele szturmujący dom, wypychający wdowę za drzwi, rzucający się na meble, wysypujący na ziemię zawartość szuflad, rękopisy, papiery, listy, które, wystawione spokojnie na sprzedaż, mogły dać ze sto tysięcy franków! I to wszystko leżało na ulicy, zbierał, kto chciał, straganiarze zawijali w to masło!

Tadeusz „Boy” Żeleński, Obiad literacki


Poza językiem i mową

„Można by określić mit jako taki sposób wypowiedzi, w którym wartość formuły traduttore, traditore równa się praktycznie zeru. Pod tym względem miejsce mitu w skali sposobów językowej ekspresji znajduje się na antypodach poezji, wbrew wszelkim próbom ich zbliżenia. Poezja jest formą mowy niezmiernie trudną do przełożenia na obcy język, wszelki bowiem przekład pociąga za sobą liczne zniekształcenia. Natomiast wartość mitu jako mitu istnieje nadal mimo najgorszego przekładu. Nawet zupełna nieznajomość języka i kultury środowiska, z którego pochodzi, nie przeszkadza żadnemu czytelnikowi na świecie w odbiorze mitu jako mitu. Istota mitu nie tkwi ani w sposobie narracji, ani w Składni, ale w h i s t o r i i , która jest w nim opowiedziana. Mit jest mową [langage], lecz mową, która pracuje na bardzo wysokim poziomie, tam gdzie znaczeniu udaje się jakby odkleić, jeśli można tak się wyrazić, od podstawy językowej, po której ono początkowo się toczyło”.

 – Claude Levi-Strauss, Struktura mitów


Pandora pozytywizmu

Na łamach szacownej Revue scientifique z września 1881, w artykule zatytułowanym „Równość i nierówność płci”, antropolog Gaëtan Delaunay rozpatruje z perspektywy ewolucyjnej sprawę egalitaryzmu, budzącą w owym czasie, podobnie jak obecnie, niemałe ożywienie. Naukowiec postuluje traktowanie zagadnienia w kategoriach antropologii, nie zaś, jak się to czyniło dotychczas, metafizyki. W konsekwencji proponuje Delaunay wgląd porównawczy w stosunki sił pomiędzy płciami u najrozmaitszych organizmów na różnych poziomach zaawansowania ewolucyjnego. Trzonem jego wywodu staje się więc hierarchiczne postrzeganie organizmów oparte na ewaluacji ich złożoności z perspektywy anatomicznej.

Obserwuje się istotnie, przyznaje badacz, wyższość samicy nad samcem u niektórych głowonogów i wąsonogów, jak i u pierścienic, z nielicznymi wyjątkami. Toż samo tyczy się ponadto pszczół, szerszeni oraz os. Spotyka się również wyższość samicy u ryb oraz u gadów.
Co się jednak tyczy wyższych kręgowców, przekonuje specjalista, sprawa ma się już zgoła inaczej. Teza, jaką stawia Delaunay na podstawie porównania stosunków płci na różnych poziomach ewolucyjnej drabiny, brzmi dokładnie: wyższość samicy nad samcem u organizmów niższych zmierza do zrównania stosunków płci u gatunków na wyższym poziomie złożoności, by następnie, u stworzeń najwyższych, w tym człowieka, powrócić do nierówności – tym razem na korzyść samca. Niezwykle interesujące jest tu wniosek płynący z opisanej powyżej tendencji, pretendujący do miana uniwersalnego mechanizmu ewolucji: la suprématie du mâle en est le dernier terme. Oznacza to, że wyższość samca jest ostatecznym przejawem ewolucji. Niezależnie od prawomocności tego arbitralnego wyroku, ciekawym jest, że wypowiedź ta implikuje jakąś „ostateczną celowość” ewolucji, co oznacza, że pomimo swych postulatów Delaunay nie wystrzega się jednak metafizyki.
Na czym zdaniem badacza polega wyższość samca? Otóż, cytuję, „wśród ptaków oraz ssaków zjawiska związane z odżywianiem cechuje większa intensywność u samca niż u samicy. Krew samca jest gęstsza, czerwieńsza, zawiera więcej czerwonych krwinek i hemoglobiny (Quinquaud, Korniloff)”. Nic prostszego, konstatuje Delaunay: „mężczyzna je więcej niż kobieta”. Wiadomo powszechnie, wskazuje naukowiec, że wyżywienie chłopca kosztuje więcej niż wyżywienie dziewczynki, „tymczasem jednak badania wykazują, iż dziewczynki są od chłopców bardziej żarłoczne (Brillat-Savarin)”. Kolejnym argumentem na rzecz wyższości samca nad samicą jest wydolność oddechowa: szacuje się, że pojemność płuc kobiety jest o pół litra mniejsza niż u mężczyzny tego samego wzrostu. „Mężczyzna – powiada Delaunay – absorbuje więcej tlenu niż kobieta, choć oddycha z mniejszą częstotliwością”. To wszelako nie koniec: „temperatura ciała mężczyzny jest wyższa niż kobiety, podobnie jak wyższa jest temperatura ciała koguta niż kury”. Dalej jeszcze dowiadujemy się, iż szkielet kobiety lżejszy jest niż szkielet mężczyzny. Wywód zwieńczony jest znamiennym cytatem z fizyka i antropologa Paula Topinarda: „pod względem właściwości fizycznych budowy szkieletu, kobieta znajduje się gdzieś pomiędzy dzieckiem a dorosłym mężczyzną”. Kolejne dane dotyczą między innymi budowy łopatek i obojczyków, stóp, a także umięśnienia i budowy czaszki. Pomiędzy poparte badaniami zestawienie cech anatomicznych wkrada się wszelako konstatacja, że „pośród pianistów obu płci wyższy stopień perfekcji osiągają mężczyźni”.
Następuje wreszcie analiza porównawcza budowy czaszki oraz rozmiarów mózgu. Jak wskazuje Broca, średnia masa mózgu mężczyzny to 1323 gramów, gdy tymczasem u kobiety jest to zaledwie 1210 gramów, co daje mężczyźnie aż 113 gramów przewagi. Profesor Bischoff dowodzi jednakże, iż różnica ta sięga nawet 124 gramów. Powołując się dalej na autorytety Broki, Wagnera i Huschkego, zaznacza Delaunay iż przednie płaty mózgowy, „siedziba najwyższych zdolności intelektualnych”, mniej są rozwinięte u kobiet niż u mężczyzn. Nic też dziwnego, iż stwierdza autor za R. Wagnerem (antropologiem z Getyngi, nie kompozytorem z Lipska), iż „mózg kobiety znajduje się zawsze w stanie mniej lub bardziej embrionalnym”. Podobnież wspomniany Huschke stwierdza, iż „kobieta jest ledwie dojrzewającym dzieckiem, i dziecinność jej potwierdza zarówno budowa jej mózgu, jak i reszty ciała”.

Wreszcie, od twardych danych dostarczonych przez rozwijające się prężnie przyrodoznawstwo, przechodzi Delaunay do dziecin bardziej nieco mglistych, jak etyka, filozofia, prawo, mniej wszelako troszcząc się o informacje szczegółowe i wykaz źródeł. Wszelkie prawodawstwo, dowodzi autor, uwzględniało zawsze niższość kobiety względem mężczyzny. Prawo rzymskie przywołuje nieustannie fragilitatem sexus. „Wszyscy filozofowie oraz moraliści przyznają, iż kobieta bardziej jest przesądną, niestałą, kapryśną i upartą”.
Wobec takich danych nie pozostaje nic innego, jak powołać się wreszcie na samego Darwina: „niezależnie, czy chodzi o głębokie rozważania, rozum czy wyobraźnię, czy po prostu wykorzystanie zmysłów, a nawet rąk, gdybyśmy stworzyli wykaz mężczyzn i kobiet wybitnych w danej dziedzinie – poezji, malarstwie, rzeźbie, nauce czy filozofii – te dwie listy nie wytrzymałyby żadnych porównań”. [źródła cytatu brak]
Długo można by jeszcze wymieniać proponowane w artykule zestawienia. Nie chodzi też bynajmniej o to, by spierać się z danymi przedstawionymi przez Delaunay’ego. Niezależnie wszelako od tego, czy antropolog kierował się najszczerszymi intencjami rzetelnego badacza, czy też powodowały nim motywacje ideologiczne, tekst jego pozwala się odczytać z punktu widzenia analizy dyskursu. Delaunay wpisuje się w szerszą tendencję pozytywistyczną obecną w przyrodoznawstwie wieku XIX: jej głównym założeniem jest empiryczna obserwacja wyzbyta, by tak rzec, „metafizycznych uprzedzeń”. W konsekwencji, wszelkie zagadnienia moralne, filozoficzne, a także psychologiczne, nie poddające się empirycznej weryfikacji, zepchnięte zostają poza dominium faktów, na margines publicznej debaty, pomiędzy mrzonki teologów i spekulacje filozofów, gdzie zyskują status zabobonów.
Analizując artykuł Delaunay’ego, nietrudno wykazać arbitralność oraz selektywność
poczynionych przez autora zestawień, choćby nawet same zawarte w nich dane nie podlegały dyskusji. Arbitralnym i zgoła nienaukowym jest sąd, iż celem ewolucji – a przynajmniej „ostatecznym jej wyrazem” – jest wyższość samców nad samicami. Jest to raczej obserwacja pewnej tendencji, i na taki tylko status sformułowanie to zasługuje, gdyż w kategoriach popperowskich jako prawo naukowe podobne twierdzenie nie opiera się falsyfikacji.
Arbitralnym jest także sposób ewaluacji organizmów, rozstrzygania o ich wyższości, na podstawie kryterium „więcej znaczy lepiej”. Więcej masy, więcej czerwonych krwinek, więcej powietrza w płucach – wszystko to prawda, w ujęciu przyrodniczym. Jednak „wyższość” czy „lepszość” nie należą do słownika przyrodoznawstwa, pochodzą raczej z inwentarza moralistów.
Konsekwencją uznania niższości intelektualnej kobiety względem mężczyzny jest bezpośrednio wykluczenie kobiety z debaty publicznej, odmówienie jej racjonalności – porównaj: M. Foucault, Porządek dyskursu. Zagadnienie poruszone w artykule Delaunay’ego ma charakter, jak byśmy dziś powiedzieli, biopolityczny: autor stawia naukom przyrodniczym zadanie rozstrzygnięcia nurtującego społeczeństwo sporu etycznego. Od pewnego rodzaju pytań postawionych naturze w celach poznawczych zależeć ma zatem kształt i urządzenie społeczeństwa. Lecz czy same te pytania nie mogłyby być postawione inaczej?
Pozostaje wreszcie kwestia najistotniejsza, niezależna od twardych danych lub ich twardej interpretacji: czy ewentualna „wyższość” danego gatunku lub organizmu nad innymi daje mu z etycznego punktu widzenia jakiekolwiek przywileje kosztem tamtych. Czy domniemana „wyższość” człowieka nad innymi zwierzętami, a także w obrębie samego gatunku wyższość jednej rasy nad inną, wyższość jednej płci nad inną, uprawnia do jakichkolwiek roszczeń czy wykluczeń? Na te pytania nie odpowiedzą najstaranniej nawet zgromadzone fakty, gdyż nie jest to kwestia podlegająca weryfikacji: jest to kwestia wartości.
Co było do udowodnienia, choć obserwacja empiryczna dostarcza pewnych danych, na podstawie których nauki przyrodnicze pozwalają konstruować ogólne prawa i przewidywać zdarzenia, bywa wszelako tak, że umiejętna manipulacja danymi, retoryka cyfr i jednostek miary, a także pochopna generalizacja, mogą prowadzić do autorytatywnych konkluzji w dziedzinach leżących poza zainteresowaniem przyrodoznawstwa. W ten sposób autorytet nauk przyrodniczych pozornie legitymizuje nierówność, tak rzekomo namacalną w naturze: prawo silniejszego „empirycznie” usprawiedliwia kapitalizm, niewolnictwo i wszelkie opresje. Wszak potwierdzi to pewnie każdy goryl, że siła zwalnia od kultury.

Na podstawie:
La Revue scientifique de la France et de l’étranger : 1881/07-1882/01