Ponad podziałami

Najpierw mój promotor tożsamy z moim ojcem wręczył mi nieistniejące arcydzieło polskiego pozytywizmu, w którym odnajdowało się krytykę naiwnej polskiej frankofilii przejawiającej się w kwiecistości języka i rozmaitych „makaronizmach”. Sugestia tak potężna, że trzeba będzie coś z tym zrobić. Zrewidować pozytywizm, rzecz jasna.

Następnie przez pokrętny system dworców, Jezior Maltańskich, placów zabaw i strzeżonych osiedli, trafiłem do szeregów Rebelii. Pamiętam windę, będącą zarazem toaletą, kilka znajomych toruńskich knajp, zmienionych nie do poznania, oraz piękne cheerleaderki Imperium, które swoimi cynicznymi komentarzami kastrowały każdego mężczyznę z ruchu oporu, śmiejąc się z jego wartości, ocierając się z okrutnym kocim wdziękiem o jego bezradną partyzancką lufę.

Pamiętam, iż we trzech, uzbrojeni w jeden karabin, przemierzyliśmy jakiś tunel, by zaatakować od wewnątrz siły Imperium. Strzelałem, pozyskaliśmy broń i papierosy, zrobiłem żywą tarczę z jednej cheerleaderki, która zdawała się tym wcale podekscytowana. W każdym razie, żołnierze Imperium zdawali się drwić z nas, z naszej naiwnej dziecinady, gardząc nami do tego stopnia, że nie raczyli nas nawet skrzywdzić.

Tak zaprzyjaźniłem się z jednym szeregowym szturmowcem, najniższa ranga, jak ja. Poczęstował mnie papierosem i powiedział, że zna mnie od dawna, widzieliśmy się już na niejednej planecie: Wrocław, Poznań, konferencja w Krakowie, zawody lekkoatletyczne w Bydgoszczy, dworzec w Katowicach.

Pokpiwaliśmy wspólnie z dzielącego nas ideologicznego muru i wyraziliśmy nadzieję, że żadnemu z nas nie przyjdzie drugiego zastrzelić. Po przebudzeniu postanowiłem obejrzeć sobie Rogue 1.


Z życia nocnego stróża

„No, każdy człowiek ma do czegoś, wie pan, zamiłowanie…”
Z punktu widzenia nocnego stróża, Krzysztofa Kieślowskiego

Jest rzeczą godną uwagi dyskretne zamiłowanie naszych portierów do literatury.
My, pracownicy uczelni, być może nazbyt bezrefleksyjnie, jakby w przelocie, pozdrawiamy tych ludzi, stojących na straży wydziału, wydających nam klucze, dokonujących wszelkich napraw, bez których praca nasza nie byłaby możliwa. Skoro jednak u podstaw pracy tej leży tajemny, jakże niedoceniony wysiłek tak wielu osób, które dzień i noc czuwają nad porządkiem w miejscu, gdzie my, literaci, pożeramy tysiące ksiąg i płodzimy drugie tyle, staje się jasnym, iż w istocie wawrzyny chwały należą się tym właśnie ludziom. To za ich sprawą każdego dnia wkraczamy do schludnego budynku, sprawnie i bez szwanku dostajemy się do dziesiątek sal wykładowych, gdzie kolejne pokolenia mogą chłonąć upragnioną wiedzę.
Owi milczący bohaterowie mają wszelako swoje sekrety. Któż odgadnie, jakie pasje, jakie wzniosłe namiętności powodują tymi niezłomnymi stróżami idei?
Owóż pracując do późnych godzin nocnych w moim gabinecie na trzecim piętrze, skąd od czasu do czasu jedynie schodzę na dół, by napić się kawy i zapalić papierosa, miałem okazję obserwować tych niezauważalnych ludzi, miałem okazję rozmawiać z nimi, choć przyznać trzeba, że zdają się dość małomówni. To rzecz prosta: nie ufają nam.
Jednakże powoli zaczynałem się domyślać.
Kilka razy, kiedy pogasły już niemal wszystkie światła i nocni stróże najwyraźniej zapomnieli o mojej obecności w ogromnym budynku uczelni, zdołałem przyłapać ich na gorącym uczynku. Oto gdy zapadnie zmierzch, gdy pogasną światła, drzwi zaś są już zamknięte, rozpoczynają się ich niesamowite wiece. Odtąd przestaje obowiązywać zakaz palenia na korytarzach, z rąk do rąk krążą szklanki mocnego trunku, gra muzyka z gramofonu, i toczą się debaty zapalonych erudytów.
Zdarzyło mi się na przykład podsłuchać rozmowy o dwudziestowicznych teoriach literatury. Ktoś perorował z zapałem na temat rosyjskiego formalizmu, ktoś wskazywał na dług, jaki wobec formalistów mają strukturaliści, ktoś krytykował naiwną pedanterię tych ostatnich, ktoś z przymrużeniem oka dowodził, że Lévi-Strauss w swojej Strukturze mitów sam staje się analizowanym przez siebie Edypem, gdyż – mniej lub bardziej świadomie – poprzez przemilczenie symbolicznie zabija swego intelektualnego ojca, Freuda, któremu zawdzięcza więcej niż mu się zdaje. Dodać trzeba, że mamy tu niewielki klubik miłośników tzw. French Theory: na rozwieszanych w kantorkach plakatach i widokówkach, nawet na kubkach do kawy, rozpoznać można twarze czołowych francuskich myślicieli, jak Barthes, Derrida, Baudrillard czy Kristeva. Nic też dziwnego, że to właśnie tutaj podsunięto mi fascynującą myśl, iż Dżuma Alberta Camus jest paraboliczną opowieścią inspirowaną Powstaniem warszawskim.
Z nie mniejszym zapałem rozprawia się tu o bajecznej starożytności. Znam jednego stróża, co wychwala pod niebiosa wiekopomne dzieło Owidiusza, przy czym dowodzi on z niezachwianym przekonaniem, że to właśnie autor Metamorfoz dał filozoficzne podstawy teorii ewolucji. Chętnie więc czyta się u nas eseje Zielińskiego, Parandowskiego, Kubiaka na temat dawnej kultury Grecji i Rzymu. Czasami, przy winie, posłuchać można dźwięcznych deklamacji najpiękniejszej łacińskiej poezji, i kto nastawi ucha, tego dreszczem przejmą laurowe heksametry Wergilego, spiżowy tembr pieśni Horacego czy aurea dicta Lukrecjusza.
Powiedzieli mi, że nie ma martwych języków, są tylko uśpione umysły.
Jeszcze na długo przed świtem, przy świecach, rozprawia się o wiedzy tajemnej, jej córce, alchemii, o ich związkach z chrześcijaństwem i wpływie na psychoanalizę.
„Jak na górze, tak i na dole”, rzecze Hermes Trismegistos. Bulgocze alembik dyskusji, unoszą się szlachetne gazy w atanorze wtajemniczonych, ciężki ołów codzienności przemienia się w złoto duchowych wędrówek.
Na takich astralnych peregrynacjach pędzą nieskończone godziny owi strażnicy zmierzchów, którzy na dobre i na złe związali losy swe z akademią. Albowiem, jak mówi bard, „ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś”.


Historia a plotka

History is merely a gossip.
Oscar Wilde

„A wiesz, jak było naprawdę?” to zwrot powszechny w sporach karczemnej gawiedzi na temat historii. „A kto podpisał traktat X?”; „A kiedy miało miejsce wydarzenie Y?”; „A co było wcześniej?”; „A czytałeś wspomnienia generała Z?”; „Tak było!”; „To są fakty”, etc.

Umiejętne powoływanie się na źródła nieznane adwersarzowi, przytłaczająca hipertrofia „faktów”, konsekwentne zastępowanie tychże interpretacjami, są to zabiegi służące onieśmieleniu rozmówcy w dyskusji na temat historii, nie mającej bynajmniej na celu wymiany poglądów czy poszerzenia wiedzy, a jedynie perswazyjne ugruntowanie słuszności własnej opinii przy jednoczesnym wykazaniu swojej wyższości. Najbieglejsi w tej dziedzinie, niekoniecznie historycy, w jednym słowotoku zdolni są powołać się zarazem na źródła pisane, publikacje popularnonaukowe, traktując je na równi ze wspomnieniami dziadka, który służył w AK.

Owóż czytając Charaktery, dzieło myśliciela greckiego Teofrasta z Eresos (IV-III p.n.e.), napotkać można taką oto specyfikę cechy określanej przez autora mianem „plotkarstwa”:

„Plotkarstwo jest zestawieniem kłamliwych słów i zmyślonych faktów, dla których plotkujący chce (zyskać wiarę)50. 2. Plotkarz zaś to ktoś taki na przykład: kiedy spotka przyjaciela, z miną zadowoloną i z uśmiechem porozumiewawczym pyta: «Skąd idziesz» i «cóż ty na to?», i «jak to? (nic nie) 51 wiesz nowego o tym, co zaszło?». I nalegając: «Cóż, czy żadnych nie opowiadano nowin? Są przecież i nie byle jakie». 3. A nie dopuściwszy tamtego do słowa, powiada: «Co mówisz? Więc nic nie słyszałeś? No to ja cię uraczę nowinami pierwszej klasy.» 4. Słyszał to albo od żołnierza… 52, albo od niewolnika Astaiosa, flecisty, albo od przedsiębiorcy Lykona, a ten informator tylko co powrócił z pola walki. Na takie powołuje się źródła, żeby go nigdy przygwoździć nie było można. 53 5. Za czym opowiada, że wedle ich relacji Polyperchon 54 i król wygrali bitwę, a Kassander dostał się do niewoli. 6. A kiedy go tamten pyta: «Czy ty w to wierzysz?» zapewnia, że rzecz jest (niewątpliwa) 55, głośna w mieście, że wieść o tym zatacza coraz szersze kręgi i nikt jej nie zaprzecza, i że wszyscy opowiadają te same szczegóły o bitwie, która miała być istną rzezią. 7. «Można to zresztą poznać po minach naszych dygnitarzy. Widzę, że wszyscy są zmienieni.» Dodaje, że mieli ukryć tam u siebie jakiegoś człowieka, który już  przed pięciu dniami wrócił z Macedonii i zna wszystkie szczegóły. 8. I równocześnie, jak tylko może najnaturalniej, wykrzykuje boleśnie: «Biedny Kassander! O nieszczęsny! Wie teraz, co to igraszki fortuny. A przecież taki był potężny» … 56. 9. «Ale zachowaj to tylko dla siebie!». I już goni po całym mieście, by dalej opowiadać. 57”

Wiele razy słyszałem podobne rzeczy. Jestem skądinąd wielkim zwolennikiem plotek: są to miniaturowe arcydzieła, łączące ziarno prawdy z dużą dozą fikcji. Naturalnie, sama historia jest nie więcej niż plotką – więcej jest prawdy w zmyślonych powieściach.

Długo jednak, by przekonywać o tym ludzi, którzy plotki traktują poważnie. Tacy nawet powieściom nie wierzą, zbyt rzadko znajdują w nich daty. Kto plotki opowiada z humorem, wskazując na ich fikcyjność, niby powieściowy narrator, ten jest czarujący i wart posłuchu. Kto sam rozgłaszanym przez siebie plotkom wierzy i bierze je za autentyczne, ten jest zwykły dyletant, co zaśmieca sobie głowę urojoną wiedzą.

A poza tym, powtarzam, fakty są opium dla mas.


Scjentystom na ucho

Na ziarnku maku stoi mały dom
Pieski szczekają na księżyc makowy
I nigdy jeszcze tym makowym psom
Że świat jest większy – nie przyszło do głowy
Czesław Miłosz

Hume dawno już – chociaż mimo woli – przywołał empiryczne przyrodoznawstwo do porządku. Dał wiedzy ludzkiej lekcję pokory, która przerosła jego oczekiwania. Najznaczniejsi naukowcy, którzy po nim przyszli, zmuszeni byli liczyć się ze skutkami jego ponurej diagnozy. Ale wielu jest jeszcze takich, co jak te pieski Miłosza szczekają na księżyc makowy…

Hume postawił sobie za cel oczyszczenie wiedzy ludzkiej z metafizyki, poddając krytyce m. in. aprioryczne pojęcie przyczynowości. Tak się jednak złożyło, iż spustoszenia, jakich dokonała jego słuszna analiza, podważyły przy okazji niepodważalność samej nauki.

Tak pisze o tym Leszek Kołakowski:

„Ostatecznie nie ma dla Hume’a w ogóle racjonalnych wiadomości o świecie: wyraża się to w jego powiedzeniu, że jeśli mamy przeświadczenie, że ogień ogrzewa, a woda chłodzi, to żywimy je dlatego, iż przeciwne przeświadczenie przyprawiłoby nas o cierpienie”.

Niniejszym wiedza ludzka sprowadza się do pragmatycznych korzyści, jakie wyciągnąć można z poczynionych obserwacji. Dalej zaś:

„Odrzucając prawomocność wnioskowania indukcyjnego – a taka była konsekwencja radykalnej krytyki przyczynowości – Hume zdeprecjonował wartości poznawcze wszelkiej wiedzy wykraczającej poza opis jednostkowo i każdorazowo danych jakości spostrzeżeniowych. Wszelkie wiadomości, które ów elementarny poziom przekraczają, są wprawdzie niezbędne do życia i obejść się bez nich nie sposób, ale też na tym tylko polega ich wartość, nie zaś na tym, by pouczały nas naprawdę o tym, jak świat wygląda, a tym bardziej, czym jest mianowicie. Sens wszelkiej wiedzy zredukował się w ten sposób do czysto pragmatycznego, wiedza okazała się zbiorem praktycznych wskazówek, pożytecznych i nieodzownych w życiu, wyjałowionych z poznawczego waloru”.

Niby oczywiste, są jednak osoby uparcie tkwiące w przeświadczeniu, że nauki oparte na empirii istotnie wyjaśniają naturę rzeczy. Atoli tkwią oni w tym samym błędzie teologicznym, jaki u zarania ludzkości pozwolił w sposób spójny i niepozbawiony uroku tłumaczyć doświadczane zmysłowo zjawiska przyrodnicze działaniem sił nadprzyrodzonych.

Mit zastępuje nauka, wnikliwsza wprawdzie w swym oględzie i skuteczniejsza w rozwiązaniach, wciąż jednak – o ile nie potraktuje się jej z pewnym dystansem, gotowa zaciemnić rozumienie świata. Konsekwencją ślepej wiary materialistycznych scjentystów są niebezpieczne wykluczenia: dyskurs, który redukuje każdy problem do empirycznej sprawdzalności, eliminuje wszystko, co nieuchwytne, zwalnia z zaangażowania w pytania fundamentalne, a zgoła nieempiryczne. Problem to pokrewny z wykluczaniem szaleńców: upchnąć pod dywan człowieka, mówiącego nieskładnie i „od rzeczy” (o ile szaleniec nie okazuje się przy okazji geniuszem), oznacza nie potraktować poważnie faktu obłąkania. A przecież jeśli nawet czyny i wypowiedzi tak zwanego szaleńca nie są zgodne z tym, co uznano kolektywnie za prawdę, lub też samemu kolektywowi zagrażają, jest zarazem faktem, iż wypowiedzi te mają miejsce, ktoś je wygłasza, ktoś czyni, a zatem winno to podlegać badaniu, nie zaś tylko izolacji. Krótko: jeżeli ktoś wierzy w niepokalane poczęcie, jego wiara jest faktem psychicznym, niezależnie od tego, jak bardzo twierdzeniom jego przeczy empiria.

Dodajmy, iż żaden z szacownych pozytywistów, którzy wnieśli coś do nauki, jak Comte czy Claude Bernard (twórca fizjologii), nie rościł sobie pretensji do ostatecznego wyjaśniania świata. Jednakże ich naiwni epigoni chcieliby zawłaszczyć całą intelektualną przestrzeń, czego skutkiem jest na przykład – i to jednym z najmniej opłakanych – daleko idąca deprecjacja humanistyki.

Jak ładnie ujmuje to Kołakowski:

„Analizy, które miały dać nauce grunt niezachwiany, usunęły jej wszelki grunt spod nóg; oczyszczając substancję wiedzy z zanieczyszczeń metafizyki, Hume pozostał w końcu z pustymi rękoma”.

Pytania, jakie pozostawił po sobie Hume przyszłym pokoleniom naukowców, to między innymi pytanie o to, czy i co właściwie jest w naszej wiedzy bezwzględnie pewne. Lub też czym właściwie jest wiedza indukcyjnie zdobyta: czy nie jest to tylko i aż „społeczny odruch warunkowy, który każe nam przy pewnej sumie doświadczeń zaakceptować pewien stan rzeczy jako trwale obecny, ponieważ akceptacja jest biologicznie korzystniejsza niż powstrzymanie się od niej”?

Zdaje mi się, że wśród kluczowych zasług myśli Davida Hume’a odnaleźć można merytoryczne zaplecze owych intelektualnych otchłani, jakie konstruuje w swych powieściach Stanisław Lem. To właśnie Lem obiera za materię swych dzieł zjawiska, leżące poza wytyczonym przez Hume’a horyzontem, czy też, jak to się niebawem przyjmie w polszczyźnie, chorysądem.

Może przyjdzie jeszcze dzień, gdy każdy przedstawiciel danej „ścisłej dziedziny” kpić będzie z aspiracji uniwersalistycznych, z ironicznym uśmiechem przyznawać się będzie do ograniczeń stosowanych przezeń metod i przybliżeń, do płonnych dywagacji, w jakie zmuszony jest się wikłać, podobnie, jak dziś osoby światłe pokpiwają przecie z przesądów, uprzedzeń, umysłowych ciasnot.


Ada

Czuję się godny Ady. Jakieś siedem lat temu o tej porze roku, gdy po raz pierwszy czyniłem ją swoją, zarówno powieść, jak i dziewczynę o tym samym imieniu, przeżywałem jedno z tych ekstatycznych uniesień nad wspaniałością słowa, które zadecydować miały o wszystkich moich późniejszych wyborach.

I jakoś tak się zdarzyło, akurat teraz, gdy tamta Ada wkrótce na zawsze skłoni swój serdeczny palec pod jarzmem obręczy mieszczańskiego ładu, iż powracam do Ady i na nowo odkrywam jej czar, jak by powiedział Van: estetyczny, ekstatyczny i estotyczny.

Nabokov czyni tu wszystko, by nie postępować w myśl oczekiwań filisterskiego czytelnika. Dla tego ostatniego, powieść ta jest heretycką potwarzą i moralnym skandalem. Wiem, bo czytałem recenzje. Oskarża się Nabokova o setki niepotrzebnych szczegółów, enigmatyczne gry słów, które trzeba czytać po trzy razy, aluzje literackie, malarskie, botaniczne, entomologiczne, aluzje do książek, których, jak ktoś to błyskotliwie zauważył, „nie znamy”, no i akcja nie posuwa się na przód.

Byłbym zapomniał, jednym z kluczowych wątków powieści jest kazirodcza miłość. Co gorsza, miłość ta jest najpiękniejszą, najprawdziwszą i najzachłanniejszą, jaką można sobie wyobrazić. [Tamta Ada powiedziałaby zachłaństwo]. Dochodzą więc oskarżenia o nimfetyczną pornografię – jedyny element, którego wygłodzony filister może szukać w arcydziele. Reasumując: długie, pełno szczegółów, brak akcji, trudne metafory, aluzje literackie, pornografia, twór chorego umysłu.

Znamy teraz powody, dla których magnum opus Nabokova stało się szybko najsubtelniejszym z czytelniczych doznań aspirującego poety w wieku post-licealnym, którego éducation sentimentale miała się dopiero rozpocząć.

Pisałem tu już kiedyś o metaforach Nabokova, zestawiając je z wymyślnymi konceptami Joyce’a, od którego tamten wiele się bez wątpienia nauczył. Tym razem bardziej uderza mnie bezkompromisowy kult detalu, fetyszystyczne niemal uwielbienie dla tych skrawków rzeczywistości, które pomija oko zdrowego rozsądku w swym szale uogólnień. Gdyż pisarz występuje zawsze przeciwko zdrowemu rozsądkowi. Przykłady można by mnożyć, poniższy będzie jednak wyrazisty, empiryczny wręcz, dla unaocznienia tego narracyjnego focus operandi:

Półgodzinna jazda okazała się całkiem przyjemna. Wieziony był przez sosnowe lasy i ponad skalistymi wąwozami, a w zaroślach śpiewały ptaki  i inne zwierzęta. Plamki słonecznego blasku i koronkowe cienie przesuwały mu się po nogach, nadając zarazem zielonkawy połysk pozbawionemu brata-bliźniaka mosiężnemu guzikowi na plecach płaszcza woźnicy. 

Pierwsze zdanie mógłby wyprodukować najpośledniejszy z umysłów i Nabokov zdaje sobie sprawę, że właśnie tego czytelnik filister raczy się spodziewać. Ta trywialna konstatacja jest igraszką z klasyką gatunku, reminiscencją ziemiańskiej narracji Jane Austen. Dalej, jak gdyby wraz z rozwojem dziewiętnastowiecznej powieści, przybywa epitetów: lasy są sosnowe, wąwozy skaliste, ponadto, śpiewają ptaki i inne zwierzęta. To jednak nadal jeszcze nie wynurza poetycznej scenerii z mielizn banalności. Dopiero następne zdanie, jak gdyby postępujące zbliżenie, ukazuje czytelnikowi, czym jest dobra literatura: słoneczny blask ma konsystencję płynu, cienie są „koronkowe”, a połyskujący zielono, mosiężny guzik „pozbawiony jest brata bliźniaka”.

Detal i metafora, oto diatezy Nabokova. A kogo gorszą powieści, niech pozna ludzi.

A kto nie czyta, ten nie żyje.

 

 


Chorysąd

Zdrowy rozsądek: wszystko da się policzyć i to tylko się liczy, co można policzyć.

Chorysąd: to, co daje się policzyć, z reguły się nie liczy,
to zaś, co się naprawdę liczy, nie da się policzyć.

 

Problem z tak zwanym „kontekstem” polega na tym, że jest on zarazem swoisty i niezbywalny, lecz także zupełnie niemal zbyteczny, gdy chodzi o piękno, i rozpaczliwie nieuchwytny, gdy chodzi o rozumienie. Przeto wyraz chorysąd, który dziś stworzyłem, zarazem odnosi się i nie odnosi do spraw bieżących, a kłopot, który sprawia, iż muszę się zeń tłumaczyć, jest pretekstem do refleksji nad czytaniem i rozumieniem.

Widać na pierwszy rzut oka, że słowo to, któremu z całego serca życzę długiej i świetlistej kariery leksykograficznej, spokojnych końcówek i pomyślnych deklinacji, posiada przekonujące pozory autentyczności, stosunkowo homogeniczną genealogię i naturalne brzmienie, być może dzięki fonetycznemu pokrewieństwu z obcym etymologicznie, lecz znajomym polskiemu uchu, wyrazem horyzont.

Przede wszystkim, ośmielam się twierdzić, że proponowany przeze mnie chorysąd jest najbogatszym semantycznie sztucznym tworem leksykalnym opartym w gruncie na słotwórczych prawach polszczyzny, a mocą swoją, to jest rozpiętością horyzontu znaczeń, ustępuje może tylko słowu różnicość, będącemu zgrabną – choć z konieczności ułomną – próbą oddania ujętej przez Derridę differance.

Dlaczego chorysąd, miast „chorego sądu”? Prosty ten zabieg, zwężając graficzny horyzont wyrazu, poszerza jego horyzont semantyczny o skojarzenie z horyzontem właśnie, możliwe dzięki wspomnianej już homofonii, niekompletnej wprawdzie, lecz słyszalnej, by tak rzec, gołym uchem.

Pierwotnie, to jest w założeniu moim, rozumiany był chorysąd jako antonim sądu zdrowego, wynikającego z posługiwania się owym pługiem mentalnym, zwanym przez poczciwców „zdrowym rozsądkiem”, a odpowiedzialnym de facto za każdą z wojen, jaka nie toczyła się o sprawy estetyki, za śmierć milionów artystów, a nawet ludzi, za wyburzanie kamienic, za palenie książek, i wiele innych jeszcze zbrodni na duchu i ciele, które niestrudzenie tutaj potępiamy.

W tym pierwotnym sensie jest więc chorysąd czymś pozytywnym, jest radykalną opozycją wobec podłej ordynarności praktycznych odruchów intelektu.

Lecz powyższe stanowi zaledwie wyjściową, intencjonalną część autorskiego projektu. Jak każdy tekst, tak i ten krótki twór językowy, zawiera wszak także treści nie będące pochodną zamysłu twórcy.

Ponieważ wyraz chorysąd jest dwuczłonowy, łatwo dostrzec w nim z jednej strony pewien stan, oznaczający niedomaganie, z drugiej zaś pewną instytucję, której nazwa wywodzi się od aktu rozumnego wartościowania. Wynikałoby stąd zrazu, iż jest chorysąd aktu takiego zaprzeczeniem, czyli wartościowaniem nierozumnym, błędnym. Cóż jednak, kiedy określenia takie jak „nierozumny” czy „błędny” są także przejawem autorytarnego wartościowania, prowadzącego do wykluczeń (zakłady psychiatryczne) i nader często skazującego głos obłąkańca – niezaprzeczalny w swej autentyczności – na bytowanie w marginesach, w peryferyjnej ciszy, obok wierszy i bełkotów.

Wszak choroba, tak w naszym przekonaniu żywa, podmiotowa i sprawcza, nie jest niczym więcej niż intelektualnym konstruktem, który pozwolił medycynie uogólnić oraz wykadrować złożone zjawiska zaburzające funkcjonowanie organizmu, ażeby móc je, w miarę możliwości, kontrolować. Pomijam już oczywisty antropocentryzm pojęcia choroby: czyż dolegliwości będące na przykład wynikiem działania bakterii nie są jedynie dla nas chorobą, a dla tamtych – przejawem życia?

Co się tyczy sądu, istotnie, człowiek jest istotą sądzącą, skoro jednak podważono powyżej ontologiczną oczywistość choroby, ukazując ją jako byt pozorny, konceptualny, to czyż i samo zdrowie nie jest tworem co najmniej problematycznym? Jakże sąd miałby być zdrowy, skoro chorobliwość jego byłaby co najmniej względna?

Dodajmy teraz, że chociaż zastąpienie w akcie słowotwórczym rozsądku (nieco dyminutywnego w swym brzmieniu), dostojnym i szacownym sądem, miało na celu głównie wymieniane tu wcześniej walory dźwiękowe korespondujące z horyzontem, to jednak wybór ten nie pozostaje bez konsekwencji semantycznych. Cała wszak powaga sądu w wyrazie chorysąd zdaje się być paradoksem, drwiną, ironicznym odwołaniem w obliczu przyklejonej doń choroby, symbolizującej kompromisowy charakter wiedzy, iluzoryczność ludzkich poznań. Ponadto, połączenie sądu z chorobą sugeruje organiczną sądu tego naturę. Skoro rozsądek może być zdrowy (czymkolwiek miałoby być samo zdrowie, tak rozsądnie od poetów chwalone), to i sąd może być chory, niby nerka czy gardło.

Zastanówmy się jeszcze nad odmianami tych pojęć w innych językach. Na przykład common sens wskazuje w angielskim na jakiś „wspólny” i „powszechny”, lecz także „pospolity” zmysł. A zatem to nie rozum sądzi, lecz poczucie, czyli zmysły, czyli empiria, i to nie jednostkowa, lecz tłumna. We francuskim, bon sens, co wskazywałoby, że jakiś zmysł jest „dobry”, podlegający wartościowaniu, choć empiryczne przyrodoznawstwo zdecydowało się w końcu porzucić pretensje aksjologiczne. Warto jednak wspomnieć, że łacińskie bene jest zdaniem niektórych etymologów wyrazem ambiwalentnym, i mogło niegdyś oznaczać zarówno coś „dobrego” i „poprawnego”, jak i tego przeciwieństwo. Nie będzie też nadużyciem stwierdzenie, iż w terminologii politycznej, zdrowy rozsądek koresponduje z niemieckim Realpolitik, to jest „polityką realną”, za czym nie dziwią spustoszenia, jakie czynić może zdrowy rozsądek w zastosowaniu do świata wartości, sztuki czy relacji międzyludzkich.

Oto, w wielkim skrócie i bardzo wybiórczo, wykładnia zagadnień, jakie kryje w sobie wyraz chorysąd, który niniejszym z niekrytą dumą oddaję w ręce ludzkości.

 

 

 

 


Co w mowie piszczy

Różne ciekawe rzeczy dzieją się ostatnio. Obserwujemy w Polsce istną jesień patriarchy. Tylko czekać, aż sprzedamy Morze Bałtyckie i ktoś przyjedzie je zabrać, wypompować do dna. Drzewa już przecież sprzedano. Ale to wszystko już było, choćby w Ameryce Południowej z powieści Garcii Marqueza, może z wyjątkiem jednego atrakcyjnego literacko wątku: obsesyjnego poczucia winy i wytworzenia w świadomości mas nowej rzeczywistości historycznej w celu przeniesienia owej winy na wyimaginowane ciemne siły zewnętrznego pochodzenia. Bo nie każdy patriarcha miał zmarłego brata. Ale poza tym, nie ma się czego obawiać, bo kraj jest w stanie permanentnej donkiszoterii i nie posiada realnych środków, by zagrozić komukolwiek, prócz samego siebie. To bardzo poetyckie, jak kolektywny byt społeczny staje się osobowością paranoidalną. Na pewnym etapie zresztą podobnie zachowywał się starotestamentowy Bóg, niby rozpaczliwy kochanek, zazdrośnik i tyran, doświadczający ciężko swoją wybrankę Izrael, bo – powiedzmy sobie jasno – Bóg nieraz urządzał Żydom sceny zazdrości i zajadłe awantury.

Tymczasem w cieniu spektakularnej szopki nie widać cieni pomniejszych, cieni o wiele groźniejszych, bo małych a czupurnych, które jak wirus wnikają w struktury kolektywnej jaźni, stopniowo opanowując ją, odkształcając jej DNA, by w każdej przejętej komórce urządzić własną fabrykę nikczemności. Mowa, rzecz jasna, o mowie.

Usłyszałem z ust pewnego poważanego szaleńca, nadającego z Nowego Jorku, że prezydent Macron powinien stawić czoła bezrobociu we Francji, „ponieważ na ulicach jest wielu islamskich terrorystów”, którzy jak nie dostaną pracy, to się wysadzą w powietrze. Parafrazuję, ale właśnie taka była narracja. Sympatyczny ów dziennikarz zawsze otwierał mi oczy, aż z czasem zacząłem je otwierać tak szeroko, iż w całej jaskrawości ujrzałem jego obłęd. Ale ten obłęd nie jest tylko jego: ludzi, którzy jak on plują jadem pod adresem urojonych demonów, krzywdząc tym samym ludzi niewinnych, jest bowiem niepokojąco dużo i z każdym dniem przybywa.

Językowe niechlujstwo i kryjąca się za nim podłość niezliczonymi drogami przenikają do ludzi każdego stanu i w procesie stopniowej normalizacji znajdują swą rację bytu. Wszelka nikczemność może doczekać się legitymizacji, jeżeli najpierw ulegnie standaryzacji w mowie potocznej. Nikczemność czyhająca w języku działa istotnie jak wirus: chwila nieuwagi i już, infekuje, zakaża, zagardza.

Dlatego przytaczam tu dobitny cytat z Marii Janion, która posiada ów cenny dar ujmowania w słowa rzeczy, które ujmowaniu się wymykają:

[…] faszystowski sposób myślenia, faszystowskie idee wżarły się w język i przeniknęły go w najdrobniejszych włókienkach. Każde słowo może być nimi zarażone. Rzekomo neutralna mowa może nas wieść na manowce, po których błąkają się upiory totalitaryzmu. „Co było najpotężniejszym środkiem propagandowym hitlerowskiego szaleństwa? Czy były to poszczególne mowy Hitlera i Goebbelsa, ich wypowiedzi z tej czy innej okazji, przeciw temu czy innemu przeciwnikowi, ich napaści na Żydów i bolszewizm?” – pyta Klemperer. „Nie – odpowiada – najsilniej oddziaływały nie same przemówienia czy artykuły i ulotki, plakaty i sztandary. Narodowy socjalizm nie docierał do ludzi poprzez argumenty czy hasła, odwołując się do świadomego myślenia […] Niepostrzeżenie wżerał się natomiast w ciało i krew mnóstwa ludzi za pośrednictwem poszczególnych słów, zwrotów, form językowych, wpajanych poprzez miliony powtórzeń, przejętych mechanicznie, całkiem nieświadomie.” Oto zdradziecka i trucicielska siła idei zakorzenionych w słowie fałszywym, słowie-nienawiści, słowie magicznym. 

[…] Faszyzm odrzuca semantyczną funkcję słowa, posługując się niemal wyłącznie słowem w funkcji magicznej. Słowa już nie służą do przekazywania znaczenia, lecz wyłącznie uczuć i namiętności, stwarzających „wyabsolutniony horyzont”, ściśle zamknięty krąg, w którym wolno jedynie się poruszać. Aura słów „Żyd” czy „bolszewik” nie może budzić żadnych wątpliwości: to aura nienawiści i zbrodni, uzasadnionych ideami „czystości rasy” […] Faszystowscy fabrykanci mitów zręcznie i przebiegle operują ideami-słowami.

Maria Janion, Człowiek a idea, 1972

Prawdziwych Żydów już nie ma, zostali tylko urojeni, ale i tych wciąż jest mnogo. Również bolszewików niektórzy nadal widzą wszędzie. Do tego barwnego inwentarza pogardy dorzucić można jeszcze słowa „pedał”, „zgnilizna Zachodu”, „lewak” („zamiennie z „komuch” i „bolszewik”), „antypolski”, „liberalny”, a niebawem zapewne także „pies”, „kot”, „kura” i „kanarek”, bo każde słowo można obrzydzić.

Swego czasu Rzesza niemiecka dostarczyła Jungowi najlepszego materiału – niestety, aż nazbyt empirycznego – do badań nad kolektywną psyche. W Aionie tak pisze Jung o archetypie cienia, którego destrukcyjne działanie mamy okazję obecnie obserwować:

Tworzące cień ciemne cechy charakteru są natury emocjonalnej i mogą posiadać niejaką autonomię, są przeto czymś, co uciska człowieka lub – mówiąc ściślej – opętuje go. 

Afekty pojawiają się z reguły w miejscach mniejszego przystosowania, objawiając zarazem jego istnienie i przyczynę.

Opór związany jest z nierozpoznanymi projekcjami. Wydaje się podmiotowi, że przyczyna afektu tkwi przedmiocie (drugiej osobie), gdy tymczasem jest to jedynie projekcja, pochodząca z nieświadomości. Projekcje takie podmiot zastaje – nie tworzy ich.

W rezultacie następuje izolacja podmiotu od świata zewnętrznego, związek z otoczeniem jest iluzoryczny. Projekcje nadają otoczeniu własne, lecz nieznane, oblicze podmiotu. Powstaje w ten sposób stan autoerotyczny lub autystyczny – świat z marzeń podmiotu jest nieosiągalny.

Wynikające z tego uczucie niespełnienia przypisuje się złośliwości otoczenia, przez co stan izolacji narasta. Circulus vitiosus.

Im więcej projekcji wsuwa się między podmiot a świat zewnętrzny, tym większe trudności ma ja, by przejrzeć własne złudzenia

Na koniec dodaje Jung uwagę właściwie najistotniejszą. Stwierdza bowiem, że o ile cień przejawia się na poziomie osobniczym, można się z nim mierzyć, jeśli jednak występuje on jako archetyp, na poziomie kolektywnym, okazuje się złem apriorycznym i absolutnym, i jest doświadczeniem „tyleż rzadkim, co wstrząsającym”.

I miał tu Jung niewątpliwie na myśli coś, co w latach 30 w Niemczech wielu myślicieli obserwowało z niedowierzaniem.

Tyle miałem do powiedzenia, jaśniej się nie da.