Przenośnie i domyślenia

Dziwologia

Demonokracja

Demonostracja

Kręgosłup hormonalny

Jasnozłudzenie

Logorynt

Labirytm

Kontrastynacja

Sumienie na szaniec

Zjawiska paramoralne

Introspekulacja

Przezębienie

Feminarchia

Penistencjariusz

Hetero sapiens

Narkolekcja

Polucynacja

Maj utracony

Hormonografia

Rozjednoczenie

Faust pas

Kastronauta

Defreudacja

Kalkoholizm

Katoholizm

Zerokopia

Chamouwielbienie

Hurt jednostki

Praca ograniczna

Poświt

Monotyka historyczna

Solikarność

 

Reklamy

Łęcka czyta Zolę

Izabela Łęcka wyznaczyła w kulturze polskiej model postawy dla kobiet pięknych w stopniu niedorzecznym, jedynych, o jakich względy warto się ubiegać. Kpić z takich kobiet, jak czyni ów pozornie bezstronny narrator Prusa, jest rzeczą żałosnego resentymentu bezradnego eunucha, co przyznać nie może, że jest na taką damę zwyczajnie za krótki. Podobnież dziki zwierz w owej bajce Ezopa odchodzi zniesmaczony spod drzewa owocowego, kręcąc nosem i twierdząc, że najwyżej rosnące owoce, których nie zdołał dosięgnąć, są niesmaczne, robaczywe. Negacja eunucha. Frajerzy, Izabela jest ponad wasze siły, pogódźcie się z tym.

Bez wątpienia na przekór intencjom autora, co tylko świadczy o potędze powieści, utrzymuję, iż rozdział siódmy Lalki, poświęcony wprowadzeniu Izabeli, jest jednym z najpiękniejszych dokumentów polskiej literatury, jako tren rozpaczliwy za gasnącą arystokracją. Nie, nie owa ironia impotenta, kpiącego z damy, której mieć nie może, lecz właśnie wzięta serio apologia arystokratki, żyjącej w słodkiej ignorancji, przekonanej, że robotnicy czerpią przyjemność ze swego znoju, że biedak winny jest swej kondycji, że świat jest jej winny hołdy – oto, co uznać należy, za najprawdziwszy skarb naszej kultury, nie zaś parodię szlacheckiej sielanki, jakiej skądinąd kilka lat wcześniej, w tej samej niemal postaci, dostarczył był Zola w swoim Germinalu.

Wreszcie, gdyby serio potraktować te ewolucjonistyczne komunały, którymi Wokulski tak zatrwożył Rzeckiego, to właśnie damy pokroju Izabeli stanowić powinny najbardziej pożądany materiał dla płodnego małżeństwa. Cała reszta to pójście na łatwiznę.

Ale Polak pójdzie na łatwiznę, i pocieszać się będzie swą poczciwą godnością, poczuciem społecznej sprawiedliwości, wyższością moralną, która zrekompensuje mu fakt, że mieć Izabeli nie może.


O zbyt pochopnym zstępowaniu

Ilekroć zstępował Zaratustra ze swych górskich samotni, niosąc między ludzi światło, którego miał w nadmiarze, uświadamiał sobie jeszcze, że zbyt krótko tam przebywał. Nazbyt jeszcze żywo tliła się w jego sercu tęsknota za ludźmi, zbyt mało zasię tęsknił do samego siebie. Nazbyt jeszcze współczuł beztroskim nizinom, nie dość mu były wstrętnymi plac i targowisko. Raz jeszcze spojrzał Zaratustra na ludzi, i tak rzekł do swego serca:

 – Myślałeś, Zaratustro, żeś już pełen światła, żeś się wyniósł ponad gwiazdy w swym samotnym wzrastaniu. Aliści byle chmura cień kładzie na twą jasność. Z tak głębokich tak pochopnie wzleciałem otchłani, że pierwsza wyżyna zdała mi się szczytem. Atoli był to zaledwie pierwszy szelf mulistego dna. Nie dość jeszcze samotnym byłem, nie dość obcym, nie dość dalekim. Kto chce powracać do siebie, musi powracać z daleka. Kto chce siebie odnaleźć, musi się najprzód zgubić. Kto innym chce przyświecać, od innych niech wprzódy oślepnie!

To rzekł Zaratustra do swojego serca.


Malefunction

Nowa strona. Tym razem nie biorę jeńców.

21st century schizoid male


W stronę fizjozofii?

Człowiek jest ssakiem, lecz metafizycznym
Kazimierz Błeszyński
(z przedmowy do Wstępu do metafizyki Bergsona)

Nieraz, gdy chcę się utwierdzić w mych powątpiewaniach, wracam ufnie do Nietzschego. Tam przynajmniej, myślę sobie z radosną nadzieją, wiem, że nie znajdę pocieszenia. Nie ostanie się pod młotem tej filozofii żadna mamiąca mrzonka, żadna naiwnostka cnotnych pięknoduchów. Wyraźniej za to ukaże się owa otchłań potworna, co wprawdzie przeraża moralność, lecz raduje intelekt.

Gdy się jednak wyczerpią przenikliwe sentencje niemieckiego wichrzyciela, ostaną się jeszcze naiwni, ci ostatni, najpocieszniejsi być może, dla których określenia nie wystarczy zresztą użyć jednego słowa: czy są to materialiści, czy empirycy, pozytywiści, scjentyści, dość że bez względu na sektę, wyznają fanatycznie jednego tylko bożka – Naukę.

Wówczas można jeszcze pomocy szukać u Bergsona, znakomitego odnowiciela witalizmu, twórcy konstruktywnej krytyki pozytywizmu z pozycji intuicyjnej metafizyki. Bergson nie rzuca się bynajmniej z szabelką na naukę, ażeby jej kosztem przywrócić stare upiory, jak i dziś jeszcze wielu fanatyków czyni. Inaczej, doceniając jej poznawczy potencjał, wskazuje zarazem Bergson między innymi na intelektualne zagrożenie, jakim jest wypieranie się przez naukę jej metafizycznych podstaw. Negacja metafizyki, szczególnie tak uparta, jaką przyniósł XIX-wieczny pozytywizm, jest tylko swoistą odmianą twierdzenia, tą samą magiczną siłą w odwrotnym zwróconą kierunku. Jest praktyką przypominającą egzorcyzm.

Nauka jest, mówiąc najogólniej: stosunkiem poznawczym podmiotu do przedmiotu, pozwalającym przedmiot ów i jego właściwości wyrazić w symbolach z dokładnością zależną od rodzaju przyjętych symboli, punktu widzenia oraz narzędzi pomiaru. Stosunek ten nigdy nie jest absolutny.

Pierwotny swój prestiż zawdzięcza nauka niewątpliwie przekonywującej precyzji swych metod oraz praktycznym pożytkom, jakie przynosi. Co do precyzji, z jaką obserwujemy świat, nie ulega wątpliwości, iż osiąga ona imponujące wyniki. Pożytki, jakkolwiek bywają ambiwalentne, również wypada docenić, nie zapominając wszelako, że jako kryterium weryfikacji mają one wartość w najlepszym wypadku relatywną.

Prawdziwym problemem nowoczesności nie jest kierowanie się metodami naukowymi w naszych aktywnościach poznawczych i konsekwentne rozbrajanie dzięki nim najbardziej nawet uporczywych zabobonów. Problemem jest absolutyzacja naukowości kosztem innych (deprecjonowanych przez nią) dziedzin. Dyskursywna hegemonia nauki możliwa jest dzięki maskaradzie, jakiej dokonuje myśl naukowa, wypierając się właśnie metafizyki. Atoli, przypominać to trzeba nieustannie, nie jest nauka od metafizyki wolna i nigdy nie będzie. Nikt nigdy nie widział i nie ujrzy „materii”, czymkolwiek by ona nie była. Ulicami naszego miasta nie przechadza się krzywa Gaussa. Co więcej, nie dokona nikt nigdy chemicznej analizy geniuszu, czy choćby przelotnego zachwytu, a próbując tłumaczyć je zachodzącymi w organizmie reakcjami – należącymi niezmiennie jedynie do sfery reprezentacji symbolicznej – skaże się na śmieszność, nie mówiąc niczego, co zaspokoiłoby prawdziwie ciekawski intelekt. Sama już analiza, jak zauważa Bergson, „w swym wiekuiście nienasyconym pragnieniu, by objąć przedmiot, dokoła którego skazana jest krążyć, mnoży bez końca punkty widzenia, aby uzupełnić wyobrażenie zawsze niezupełne, i zmienia niestrudzenie symbole, aby udoskonalić przekład – wciąż niedoskonały”.

Najciekawsze zdaje się skądinąd spostrzeżenie Bergsona, że „empiryzm filozoficzny rodzi się z pomieszania punktów widzenia intuicji i analizy”. Fragment ten tak jest błyskotliwy, tak przenikliwy, iż wypada go może przytoczyć w całości:

„Polega on [empiryzm] na szukaniu oryginału w tłumaczeniu, gdzie go rzecz prosta być nie może, i na zaprzeczaniu oryginału pod pozorem, że go się w tłumaczeniu nie znajduje. Kończy on z konieczności na negacjach, ale badając rzecz bliżej, dochodzimy do wniosku, że te jego negacje nie oznaczają nic więcej, jak tylko to, że analiza nie jest intuicją – co jest oczywiste samo przez się. Od oryginalnej, choć zresztą mętnej, intuicji, dostarczającej nauce jej przedmiotu, nauka przechodzi natychmiast do analizy, która do nieskończoności mnoży punkty widzenia na ten przedmiot. Wkrótce też nauka zaczyna w to wierzyć, że zestawiając razem wszystkie punkty widzenia, zdoła przedmiot odbudować. I czy jest co dziwnego, że potem musi patrzeć, jak przedmiot ten jej się wciąż wymyka – podobna w tym do dziecka, co by zabawkę trwało chciało sobie zrobić z przesuwających się po ścianie cieni”.

Owa „mętna intuicja”, która dostarcza nauce jej przedmiotu, to oczywiście doświadczenie zmysłowe (jak również zmysłów „przedłużanie” za pomocą narzędzi pomiarowych). W wyniku pozyskanych drogą empiryczną danych o przedmiocie, podmiot poznający zdolny jest skonstruować pewną reprezentację, symboliczne „tłumaczenie” oryginału. Analiza chemiczna wody pozwala wyobrazić sobie jej cząsteczkę za pomocą wzoru H2O. Wypada docenić praktyczną korzyść, jaką w połączeniu z tysiącami lat doświadczeń przynosi taka konceptualizacja. Otóż wiemy mniej więcej, jak zachowuje się woda. Jednak Bergson nie zajmuje się tak banalnym przykładem. Interesuje go bowiem opozycja pomiędzy empirycznym i intuicyjnym rozumieniem osobowości, między analityczną wielością przejawów jej istnienia, a intuicyjnym pojmowaniem jej niezaprzeczalnej, mimo wszystko, jedności. I jest to przykład właściwej Bergsonowi aspiracji do problematyzacji antytez:

„Że osobowość stanowi jedność, jest to pewne; lecz twierdzenie podobne nie mówi nic zgoła o nadzwyczajnej naturze tej jedności […]. Że „ja” nasze wielością jest, i na to zgoda; lecz wielość to taka, co do której dobrze należy zrozumieć, że nie ma ona z żadną inną nic wspólnego. A co dla filozofii jest naprawdę ważne, to właśnie wiedzieć, jaką to jednością i jaką wielością, jaką rzeczywistością wyższą ponad wielość i jedność abstrakcyjną jest wielościowa jedność osobowości”.

Podobnie, jak nie znajdzie się znaczenia poematu w kształtach składających się nań liter, nie da się streścić osobowości w poszczególnych konstytuujących ją stanach, czy to fizjologicznych, czy fizycznych. Ujmiemy jedynie wybrany fragment rzeczywistości w kolejne symbole, pouczające niewątpliwie, lecz zawsze abstrakcyjne i nie w pełni adekwatne. Jakże bowiem, powiada Bergson, z manipulacji symbolami zrodzić by się miała jako twór rzeczywistość?


Zachwianie niewiary – na marginesie Balzaka

Zaniepokoiła mnie mocno przypadkowa lektura fragmentu powieści Balzaka, pt. Ursule Mirouet. Fragment ten wpadł mi w ręce, gdy szukałem czegoś zupełnie innego, lecz przeczytałem go z dużym zainteresowaniem. Rzecz traktuje o nawróceniu ojca chrzestnego tytułowej bohaterki. Człowiek ten jest starym lekarzem, ateistą, przeświadczonym o jedynie słusznej roli poznania empirycznego, a w konsekwencji niechętnym wszelkiej metafizyce. Któregoś razu zaproszony zostaje przez swego adwersarza, wyznawcę magnetyzmu, na seans w towarzystwie medium. W ciągu jednego wieczoru młoda somnambuliczka wyjawia mu w transie rzeczy, o których wiedzieć, z materialistycznego punktu widzenia, nie miała prawa, a o których on sam dowie się dopiero po powrocie do domu. Potwierdziwszy trafność sennych proroctw wieszczki, zagorzały ateista, zachwiany w niewierze, odrzuca poglądy Johna Locke’a, wraca natomiast do Pascala i św. Augustyna (skądinąd ciekawa, symboliczna, intertekstualna reprezentacja przemiany duchowej na podstawie lektur bohatera). Oto więc chwieją się niezłomne dotąd mury materializmu, albowiem jest coś jeszcze, nieznana, działająca na odległość, przenikająca duszę siła magnetyczna, której doktor myślą swą nie obejmuje. Wniosek, jaki wyciąga z tego niewierny lekarz nasuwa się sam: trzeba uwierzyć w Boga.

Drodzy państwo, z całym poszanowaniem psychologicznego prawdopodobieństwa, tak nie można!

Niech będzie znamiennym, że mówi to tak niechętny pozytywizmowi, sceptyczny wobec empiryzmu idealista, jak piszący te słowa: żaden racjonalnie myślący wyznawca Locke’a, według którego myśl każda i idea ma pochodzenie czysto zmysłowe, nie zaś nadprzyrodzone, nie zadowoliłby się Bogiem w zetknięciu ze zjawiskiem, którego nie jest w stanie sobie empirycznie wytłumaczyć; przeciwnie, żarliwy ateusz szukałby dalej możliwości analitycznych, które pozwoliłyby wyjaśnić fenomen z pozoru nadnaturalny. Bohater Balzaka (co na to sam Balzac w ogóle nas nie interesuje) wpada w pułapkę pozornego dualizmu materializmu i wiary. Wiara nie powinna potrzebować dowodów. Materializm nie kończy się wraz ze zdolnościami poznawczymi jednostki. Tajemniczość i nieprzeniknioność wszechświata nie pozbawia przecież naszych fizyków przekonania, że można go jednak zrozumieć, nie kieruje ich od razu w ramiona tego czy innego bóstwa. Bądźmy uczciwi, nie zapominajmy nauce jej grzeszków i ułomności, ale nie traktujmy jej jak podstarzałej dewotki à rebours, która co dzień upomina zabobonnych ignorantów, a co niedzielę pada do stóp ołtarza. Niechże się nauka nie korzy tak łatwo przed Nieznanym, niech pozostanie niezłomna w swej gorliwej niewierze.


Obcy?

Pobieżna rewizja znamiennego dzieła Alberta Camus przy okazji omawiania go ze studentami skierowała moją uwagę na nie dostrzeżony wcześniej aspekt Obcego: miejsce i rolę natury w tej niesamowitej powieści.

Oto główny bohater, Meursault, z pozoru obojętny wobec otaczającego go świata, niezdolny do okazywania emocji, jak przyjęło się to czynić, wykazuje zastanawiającą wrażliwość względem pejzażu. Dotknięty z jednej strony, jak wskazują badacze, przykładną ataraksją, to jest stoicką niewzruszonością wyzbytą wszelkich pragnień, Meursault zdaje się jednakże poszukiwać kompensacji nieodwracalnej straty, jaką poniósł wraz ze śmiercią matki – a może też na długo przed nią.

O ile na planie społecznym dokonuje się w powieści zatracenie przez bohatera więzi z innymi, nie przeszkadza to Meursaultowi w wejściu w intymną relację z otaczającymi go elementami przyrody, z morzem na czele. Kilkakrotnie też odnalezione w przyrodzie przyjemność i ukojenie przywołują w myślach bohatera obraz zmarłej matki: „Cudowny spokój uśpionego lata…” przypomina o matce, zaś trawy i cyprysy sprawiają, że bohater zaczyna ją rozumieć.

Można wręcz odnieść wrażenie, że natura, świat odrębny od obojętnych bohaterowi spraw ludzkich, stanowi wyidealizowany obraz utraconej matki. Mityczną matką jest morze, symbol płodności, seksualności, wolności i odnowy. Przeciwieństwem morza staje się mityczne słońce, z którym nieustannie mierzy się bohater, oślepiony i zdezorientowany: słońce jest ojcem, lecz także oświeconym rozumem, przeciwieństwem irracjonalnego morza; słońce jest oczywiście niezbędne dla urodzaju, lecz stanowi także siłę niszczycielską, która zmienić może ziemię w pustynię.

Dualizm ten znajduje odzwierciedlenie, jak sam w swych zeszytach odnotowuje Camus,
w nazwisku bohatera: Meursault to zarazem la mer, czyli morze, oraz soleil, czyli słońce.

To na razie tyle. Jeśli powala mnie Camus, to głównie dlatego, że na temat jego twórczości powieściowej nie mam wiele do powiedzenia, pozostaje ona dla mnie niepokojąco otwarta i niezgłębiona, problematyczna i niejednoznaczna. I bardzo mnie to cieszy.